ziemny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2006

wchodząc w pusty głąb bazaru różyckiego na starej pradze warszawskiej, przyuważone zostały przez me ciekawskie i badzwcze oko 3 stragany z kolorowymi, powiewającymi na zimnym wietrze, ubraniami. porwane namiętnością rodem z piekła do tych złóż ciuchów, nogi moje podążyły w ich stronę. wpierw zakupione zostały za 3 złote polskie 3 ujmujące wdziękiem spódnice. potem, ręce me poczęły szperać bardziej na prawo – jednak tam nic nie znalazły. ponaglone podnieceniem, zwróciły się ku przeciwległej stronie uliczki, przecinając drogę chłodniemu powiewowi jesieni, gnającemu między straganami. dłonie, roztańczone, spotkały się z miękką fakturą materiału. trzeci stragan podległ eksploracji, po chwili głos zakomunikował miłej sprzedawczyni: wezmę tę. czy ma Pani rozmienić? na końcu wyciągniętych palców znalazł się banknot, któremu jeszcze chwilę przyjdzie poczekać na ogrzanie się w cieple innych dłoni. ciało me wykonało slalom między wieszakami, przeszło z powrotem do straganu drugiego i głos zwrócił się z uśmiechem ku kolejnej starszej, siwej pani. czy ma Pani rozmienić? pani pomarudziła mimicznie i posypało się ile trzeba zimnych krągłych monet w moją lewą, otwartą dłoń. z subtelnym dygiem, nogi wykonały parę kroków w stronę uprzednio opuszczoną. w czasie ubijania transakcji, taka oto rozmowa miała miejsce
widzi Pani nie rozmieniają, nie chcą
czemu?
a siedzi tak i patrzy
tak się siedzi na przeciw codziennie i patrzy
zakupioną bluzkę ręce zręcznie zwinęły i wpakowały do ciemnego wnętrza plecaka. podziękowały sobie głosy nawzajem. zimny wiatr owiał policzki, rumor targowej co raz intensywniej domagał się usłyszenia. na otwartej przestrzeni ulicy promienie słońca dosięgły ciepło mojej twarzy.

głęboka prawda

3 komentarzy

czasem sobie myślę o tak chcę, tak jest dobrze.. albo tak nie chcę, tak jest źle!.

tu jest właśnie miejsce na uśmiech


kochani! drodzy! znajomi! zainteresowani!

zapraszamy niniejszym na pokaz slajdowy a po nim hinduskie pląsy lub miłą posiadówę (do wyboru do koloru) przy smrodku kadzideł i plumkaniu tabli!

pokazzoimprezzo odbędzie się

5 listopada, niedziela
godzina 16.00

ul. Dantego 1 mieszkania nr 25, Warszawa, Bielany, Polska

dajcie znać kto chętny!! :) jakby spoza Warszawy to mogę pomóc w trafieniu

kochani! drodzy! znajomi! zainteresowani!

zatem do zobaczenia :))

Czciciel gwiazd i mądrości, miłośnik ogrodów,
Wyznawca snów i piękna i uczestnik godów,
Na które swych wybrańców sprasza sztuka boska:
Znam gorycz i zawody, wiem, co ból i troska,
Złuda miłości, zwątpień mrok, tęsknot rozbicia,
A jednak śpiewać będę wam pochwałę życia -
Bo żyłem długo w górach i mieszkałem w lasach.
Pamięcią swe dni chmurne i dni w słońca krasach
Przechodzę, jakby jakieś wielkie, dziwne miasta,
Z myślą ciężką, jak z dzbanem na głowie niewiasta,
A dzban wino ukrywa i łzy w swojej cieśni.
Kochałem i wiem teraz, skąd się rodzą pieśni;
Widziałem konających w nadziejnej otusze
I kobiety przy studniach brzemienne, jak grusze;
Szedłem przez pola żniwne i mogilne kopce,
Żyłem i z rzeczy ludzkich nic nie jest mi obce.
Przeto myśli me, które stoją przy mnie w radzie,
Choć smutne, są pogodne jako starcy w sadzie.
I uczę miłowania, radości w uśmiechu,
W łzach widzieć słodycz smutną, dobroć chorą w grzechu,
I pochwalam tajń życia w pieśni i w milczeniu,
Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu.

tak właśnie – dziś zajrzałam do szafy, w której stoi plecak. nachyliłam się by coś tam ręką w głębi szafy poprawić a tu.. zapach indii! powoli, powoli, wtopiłam się w polską jesienną i chłodną rzeczywistość, oswajając ją knedlami ze śliwkami (babcia mnie nauczyła :) i ulubioną muzyką wieczorami. indie odchodzą w cień, jak ten plecak schowany w ciemnej szafie. kolory wspomnień nie blakną – barwy indii nadal się iskrzą – jednak są jakby dalej. zapach jest najbardziej emocjonalnym zmysłem, powiązanym z pamięcią odczuć i sytuacji. dlatego wystarczyło poniuchanie plecaka i wszystko, co przeżyło się przez te 2 miesiące, odezwało się ponownie, żar wspomnień podsycony podmuchem uwagi.

jeszcze nie opisałam przejścia stamtąd tutaj. przez parę pierwszych dni po powrocie aklimatyzowałam się głównie na gruncie fizycznym – rozwolnienie z powodu powrotu do polskiej flory bakteryjnej, przenikliwe uczucie zimna z powodu szoku termicznego, dbanie o gardło z powodu kompletnie innego typu powietrza, ból głowy, żarłoczność z powodu różnic energetycznych tam i tu.. wszystko to już minęło oprócz odczucia chłodu i lekkiej żarłoczności, które być może da się złagodzić stopniowo herbatą z indyjskim imbirem. psychiczna aklimatyzacja przebiegła łagodnie, prawdopodobnie ze względu na te 10 dni odosobnienia tuż przed opuszczeniem indii, które odsunęło mnie od rumoru tłoku i natłoku bodźców na ulicach tamtejszych miast. pamiętam jednakże pewną refleksję parę dni po powrocie do Polski – że jakoś nieswojo się czuję i że to chyba z powodu braku systematyki dnia; w indiach dzień polegał na zobaczeniu tego, co ciekawiło i co się zaplanowało, zrobienia kroku dalej w inne miejsce. ciągłe poznawanie, otwarcie na nowe, tryb działania, przemieszczania się, karmienia się nowymi bodźcami, niecodziennymi sytuacjami poza systematyką dnia codziennego w rozumieniu polskim, domowym, międzyleskim. w Polsce pomyślałam sobie jakoś mi nieswojo.. tutaj nie planuję już co jutro zobaczę, nie ma obcych ludzi oraz rozmów, jedzenia w restauracjach z orientalnym menu, klaksonów na ulicy, Maćka obok właściwie non-stop. tutaj jest spokój i przewidywalność, właściwie nie ma nawet planu dnia, niby studia się zaczęły a jakoś tak pusto... głód aktywności! przyzwyczajenie do poprzedniego stanu umysłu.

pamiętam też inne refleksje. Polska wydała misię krajem stosunkowo melancholijnym, nawet poetyckim, spokojniejszym i o wiele bardziej subtelnym niż indie. to słychać w muzyce: posłuchajcie sobie Chopina i klasycznej muzyki hinduskiej :)

muszę przyznać, że zanim wyjechałam, nie przypuszczałam, że przeżyję tak intensywnie szok kulturowy. wydawało misię, że jestem przecież taka otwaarta, taka tolerancyyjna.. owszem, do pewnego stopnia jestem i całe szczęście! jednak w pewnym momencie granica między tym, w jakich warunkach ja byłam od początku życia i czym nasiąkłam, a tym, w co zostałam wrzucona za własną zgodą na te 2 miesiące, została przekroczona. widać to w notce JA w indiach, którą napisałam jeszcze przed połową całej trasy. uwarunkowania umysłu pękły, by zdrowo się zdezorganizować i przejść w nowy porządek. dostosowanie się czasem boli, często też się go prawdopodobnie nie będziemy spodziewać, ponieważ tak głęboko tkwimy we własnych znanych schematach, iluzjach, że wszystko jest w jakiś sposób. to się tyczy nie tylko podróżowania, ale akurat przy tej aktywności napewno prędzej czy później wyjdzie na wierzch i da o sobie znać wielmożnemu Ego ;)

na koniec – obiecałam napisać o odosobnieniu. wszystko co się tyczy planu dnia i techniki zostało już napisane wcześniej przez Maćka. za to to, co się tam przeżywa, jest bardzo indywidualne, ale sądzę, że to co łączy doświadczenia wszystkich uczestników tych dni, to siła motywacji. motywacji, m.in. by: wstawać codziennie o 4 rano, przestrzegać przyżeczonych zasad, powracać uwagą do medytacji, być dla siebie jednocześnie łagodnym i stanowczym (co jest jedną z trudniejszych rzeczy jaką się jednak szczęśliwie nauczyłam :) no i nie uciec stamtąd. odosobnienie to DOŚWIADCZENIE, nie żadna teoria czy myślowa wycieczka w gdybanie na temat siebie i świata. 10 dni to tyle, że trudno nie doświadczyć w tym czasie (i tych warunkach) samej siebie właśnie taką jaką się jest. czemu nie uciekać? czemu warto pozostać? mam swoją odpowiedź, parę bardzo ważnych rzeczy, które dzięki odosobnieniu wyszły na wierzch, np.: gdyby nie zasada milczenia, nie DOŚWIADCZYŁABYM wewnętrznej mądrości, w chwilach gdy nie ma kto odpowiedzieć Ci na Twoje Pytanie, pozostaje się samemu ze sobą i z tym co się pojawi. i to jest NIEZNANE i wyłania się znikąd. wynika (jeszcze raz to napiszę) z doświadczenia a nie z myśli. gdy miałam Pytania, na które nauczyciel nie mógł mi odpowiedzieć, odpowiedź sama zaczęła się pojawiać, i to była prawdziwa odpowiedź. nie zmyślona przez umysł :). to jeden przykład tego, co pojawiło się w wyniku odosobnienia.
każdy, rzecz jasna, ma swój powód, by być na odosobnieniu. dla mnie jest to ten sam powód, dla którego medytuję. jest to także ten sam powód, dla którego Budda Gautama usiadł pod drzewem, które później stało się Drzewem Bodhi.

to w sumie tyle na temat odosobnienia, co mi do głowy teraz przychodzi żeby napisać. jeśli macie jakieś pytania albo może refleksje, to zapraszam do ich publikacji :)

oficjalnie kończę relację :)) dzięki, że czytaliście i dawaliście znać. na dniach powiem pewnie co ze spotkaniem zdjęciowym. obrabianie materiału fotograficznego z 2 miesięcy trochę trwa ;)

no to do przeczytania :)

czarna noc biały gołąb
pac tuż obok mnie na chodnik z nieba
jeśli on spada 1,5 metra ode mnie
to ile we mnie powstaje
i ile wygasa we mnie
w tej jednej chwili!
gołąb jest 1,5 metra ode mnie
ja jestem od siebie 0
to w gruncie rzeczy nie ma znaczenia
czy to gołąb czy ja
czy to 1,5 metra czy 0
pac! i już, i pac!

zatem piszę już z domu :) i z ogonkami! nareszcie Alt spełnia swą polską rolę ogonkowicza.

uzupełniam podróżnicze wpisy. dzięki Maćkowi mogliście czytać co u nas było czego opisać nie zdążyłam i co u mnie schematycznie się działo przez owe tajemnicze 10 dni odosobnienia od świata zewnętrznego w Igatpuri. teraz postaram się zebrać te okruszynki wspomnień i wrażeń, które pozostały z tych miejsc co w tytule i przelać je na bloga.

z Cochin wyjechaliśmy autobusem do Munnaru, położonego wysoko w górach miejsca gdzie wzgórza zostały masowo ogolone z roślinności i posiane herbatą, której uprawy są jak ogromny wieloodcieniowy zielony mech w formie krzaków, wysokości zwykle około metra. sama droga do Munnaru jawi misię wspomnieniem pełnym pstrokatej zieleni, przestrzeni, stromych zbocz i śpiewu ptaków. naprawde ładnie tam i zimno też! po przyjeździe zakupiliśmy ciepłe ubrania – hindusi chodzą tam w czapkach, swetrach, kurtkach.. dziwnie jest widzieć hindusa tak ubranego po tym co się widziało na nizinach, gorących i słonecznych. Maciek miał plan iść na 3dniowy treking a ja jechać dalej po 1 dniu ale ekipa polskich znajomych w końcu przyjechała dopiero później a my przez te dni zdążyliśmy autorikszą przez cały dzień zwiedzić okoliczne tereny. droga kręta, stroma, dziurawa, wśród nie kończących się plantacji. inna sprawa że cała taka plantacja należy do 1 faceta, właściciela firmy TATA, ktora jest troche jak Daewoo, tzn. znaczy swoją marką przeróżne produkty: herbatę, samochody, ciężarówki, autobusy, przeloty samolotem, kosmetyki, sprzęt gospodarstwa domowego.. i pewnie parę rzeczy których nie zauważyłam. autorikszarz bardzo miły i zakatarzony, wiózł nas i zatrzymywał się co jakiś czas przy pktach widokowych albo tam gdzie chcieliśmy, naciągnął nas na przejażdżkę na słoniu (ale duży i czuć jego łopatki jak się na nim siedzi) (w ogóle tam są też dzikie słonie i sobie ganiają po górach, ale super), w końcu zawiózł nas na najwyżej położone miejsce zwane Top Station, z której rozciągał się widok na nasłoneczniony jasny teren stanu Tamil Nadu. wszystkie chmury zatrzymują się na keralskich Ghatach Zachodnich w których się znajdowaliśmy. po wypiciu gorącej herbaty z masalą zjechaliśmy na dół z powrotem do wolgotnego i deszczowego Munnaru. góry tam sprawiają wrażenie miękkich przez zielone cieniowane młodymi liśćmi herbaty plantacje. chociaż to tylko jedna część gór, ta zaadaptowana przez człowieka, bo ta część dzika i zazwierzona prezentuje się inaczej. chociaż widzieliśmy jej w tym miejscu Ghatów mało, to jednak robi wrażenie. więcej o niej napisałam już przy porównaniu w zeszłej notce, gdy pisałam o muzyce i roślinności w dżungli.

z deszczowego wilgotnego Munnaru przecięliśmy łańcuch Ghatów Zachodnich autokarem w podróży do Pollachi, miasta które miało być bazą do wypadu do parku narodowego im. Indiry Gandhi. już jadąc tam miałam dziwne subtelne odczucia niepokoju, a gdy dojechaliśmy miasto okazało się pełne syfu, sikających facetów, gorąca i dziwnego rodzaju lęku w oczach i zachowaniu ludzi. pan z kafejki internetowej przegonił nas gdy chcieliśmy usiąść na schodkach blisko, Maćka ktoś nie wpuścił do toalety w hotelu nawet jak błagał, a nazwa ‚hotel’ to oznaczenie restauracji a nie hotelu, w dodatku kino nazywa się ‚theatre’. oczywiście czasami ludzie są mili, np. w restauracjach, chociaż po hinglijsku nie umieli, to 1 pan napisał mi koślawym alfabetem łacińskim co mają z jedzenia, bo na menu publicznym wszystko było w ich języku lokalnym. miasto to wywarło na nas takie wrażenie, że tylko uciekać. wybyliśmy tymczasowo w górę tzn. do parku narodowego im. Indiry Gandhi w Ghatach Zachodnich. szkoda, że nie zaplanowaliśmy tam noclegu, bo infrastruktura tego parku na to pozwala, jest tam ślicznie i spokojnie, dziko i jakoś tak dobrze, bo blisko natury, harmonicznej i pełnej życia. w biurze wykupiliśmy sobie 5ciogodzinną przechadzkę z przewodnikiem po terenach parku (był to 1 z paru dostępnych szlaków, czyli gdyby tu przyjechać na parę dni to codziennie można widzieć coś nowego a nocować jest gdzie, no super poleacm gdyby ktoś planował tu przyjechać). zanurzyliśmy się w dźunglę.. była to początkowo dżungla bambusowa – pionowe kije, poplątane zielonymi i ziemistymi powojami, dziwne odgłosy, zwierzęta chowające się przed naszym szelestem.. czułam się obserwowana, ale obserwowana przez zwierzęta, to znaczy spokojnie uważnie i jakoś tak bez napięcia. dowiedziałam się, że tygrysy też tu bywają i że mogą podchodzić na 35 metrów. widzieliśmy słonie (dokarmiane przez tutejszych pracowników parku, specjalnie dla nich gotujących klocki z gorącej pożywnej kaszy), małpy, parę gatunków ptaków – w tym dzięcioła dość często. mnie użarła dodatkowo ssawka, jak to się nazywa? pijawka o. poznaliśmy to po ciemnej plamie krwi na moich spodniach z tyłu. wyssała sobie trochę złej krwi i poszła dalej, miałam parę chwil potem schizę czy jeszcze jakaś na mnie nie siedzi ale na szczęście tylko ta się odważyła. :) po tej wizycie powzięłam decyzję, zainspirowana zielenią i dzikością, że jak będę jeszcze gdzieś jechać, to parki narodowe staną się częściem obiektem mojego zainteresowania niż miasta i świątynie. naprawdę warto, naprawdę. szum i stukot bambusowych kijów to coś niezapomnianego.

z żalem wróciliśmy do Pollachi, by przespać tam noc i wybyć z rańca do Trissuru, z którego miałam pociąg do Igatpuri. jak już pisałam, pociąg był wcześniej niż my więc pojechałam dnia następnego, co oznaczało 1 dzień więcej razem.. bo przez następnych paręnaście podróżowaliśmy osobno: Maciek po Indiach a ja uważnością zwiedzałam swoje ciało i subtelne drgania oddechu. jeśli chodzi o Trissur, to jest to całkiem przyjemne miasto, z jakąś sławną świątynią hinduską którą widzieliśmy w przelocie z zewnątrz, bo nie-hindu wstępu nia mają a z resztą mieliśmy parę spraw do załatwienia. jedyne co o niej mogę powiedzieć to to że jej architektura nie przypomina z zewnątrz tak bardzo innych hindu świątynii jakie widzieliśmy w poprzednich miejscach. w tymże mieście znajduje się też stary kościół nestoriański, czyli odmiany chrześcijaństwa która powstała chyba w V wieku n.e. (chyba że pewnie się mylę). ostatnie chwile razem.. i pojechałam do Igatpuri. z racji jakiegoś błędu wynikłego z systemu dysponowania miejscami w indian railway, dostałam nowe miejsce w klasie 2A, tzn izolacji za zasłonami, higienie, niebieskości, miejscu gdzie jest miejsce na ładowanie telefonu komórkowego, jest zimno od klimy a ludzie jakoś mało gadają do siebie i ogólnie kontakt z rzeczywistością jest słaby – bo tak jak w klasie 3A jest jedna długa zaciemniona szyba, to w 2A szyba ta podzielona jest na 2 czyli są 2 małe szybki z pasem ściany, czyli jeszcze mniej widać świata zewnętrznego. z tego wynika że moje odosobnienie zaczęło się już w tym pociągu.. na szczęście w przedziale znalazłam miłą rodzinę z którą czasem można było pogadać, dostałam od nich nawet w czasie posiłku gazetę za podkładkę (indyjskie żarcie to głównie ryż/chapatti i płyny sosowe, dość tłuste), pogadaliśmy sobie trochę o hinduiźmie i w ogóle milutko. spotkałam też pana z którym rozmowy obracały się wokół medytacji, pracy z energią i relaksacji. pan ów był na 1 kursie medytacji vipassana jakoś wcześniej i dobrze nam się rozmawiało z tym że on miał lekką obsesję na punkcie pozbywania się złych myśli :) ale wyglądał na szczęśliwego więc może to i dobrze dla niego. pomógł mi już na samej stacji w Igatpuri gdy już wysiadłam, poszedł ze mną do oficera stacji i załatwił bezpieczną rikszę do ośrodka vipassany. wdzięczna mu jestem i chcę Wam napisać że czasem można naprawdę miłuch i dobrych ludzi spotkać w podróży jeśli się jest choć trochę otwartym :). spóźniona dotarłam do ośrodka, załadowałam się do pokoju, umyłam i zasnęłam.

od rana zaczęła się medytacja. rozkład dnia i to co tam porabiałam już znacie z opisów Maćka. napiszę chyba oddzielną notkę na temat tego co tam się działo i co to zmienia i jak – we mnie, bo każdy przeżywa to inaczej. na razie siedzę w domu, na drewnianym sosnowym krześle i wdycham polskie chłodne powietrze. po parunastogodzinnej podróży pociągiem a potem samolotem dotarliśmy szczęśliwie do Polski i zostaliśmy przywitani przez moich rodziców girlandami ;) ciekawie tak wracać. ciekawe co dzieje się gdy się wraca. te rzeczy też postaram się opisać potem w następnej notce.

no to tyle jeśli chodzi o Indie, drodzy :)) dziękuję za posłuch :)) komentarze niezmiennie dodawały mi radości i otuchy, dawały poczucie bliskości tego daleko położonego kraju-Polski i uciechę z tego, że ktoś tam jest i chce wiedzieć co tutaj-w Indiach, co u mnie, u nas. DZIĘKUJĘ i zapraszam jeszcze na tę 1 notkę o indiach co ma się pojawić. potem blog na powrót stanie się miejsce zapisków z życia w Polsce, wewnętrznych podróży i ekspresji, inspiracji.

zatem do przeczytania, drodzy :) namaste!

Tu znowu Maciek. Olga dojechala calo i zdrowo do Igatpuri okolo 8:30 wczoraj wieczorem (oczywiscie pociag sie spoznil trzy i pol godziny:)) i teraz juz siedzi i intensywnie oczyszcza swoj umysl.

Pomyslalem, iz warto by bylo napisac cokolwiek o tym co Olga teraz robi. Glowna strona vipassany to – http://www.dhamma.org/
A polska – http://www.pl.dhamma.org/

Najpierw bedzie cwiczyc Annapane (mastery of the mind) czyli coraz subtelniejsza koncetracje na oddechu, najpierw na calym, pozniej tylko w ziurkach od nosa, a pozniej tylko na wejsciu do nosa. Medytacja ta uspokaja umysl i powoduje, iz moze on sie lepiej skoncetrowac na jednej rzeczy, a nie biegac tak jak zwykle z jednego miejsca na drugie. Trzeciego dnia wieczorem rozpocznie vipassane tzn. zacznie sie koncetrowac pokolei na wszystkich czesciej ciala, od glowy do stop badz odwrotnie bez reakcji awersji (o tak nie lubie, nie chce tego) jak rowniez bez reakcji lgniecia (reakcja o tak lubie, chce tak jeszcze). Czysta obserwacja doswiadczen w ciele takimi jakimi sa z chwili na chwile bez tworzenia czegos przez ego. Medytacja vipassany oprocz nauki stabilnosci, spokoju i zrownowazenia wobec zycia (wyzej opisana technika tworzy wlasnie taki efekt) uczy tzw. pustki umyslu. Znaczy to, iz obserwujac obiektywnie samego siebie zauwaza sie, ze wszystkie doswiadczenia tylko pojawiaja sie i znikaja, wszystkie sa nietrwale i nie maja wlasnej ponadczasowej natury, w zwiazku z tym umysl jest ciagla zmiana jednego stanu w drugi, jest zmieniajacym sie strumieniem. Jesli umysl jest ciagla zmiana to gdzie mialoby istniec nasze ja, ego? Mialoby byc ta zmiana jednego stanu w drugi? Glebokie zrozumienie tego faktu nazywa sie w buddyzmie doswiadczeniem pustki wlasnego umyslu. Ale to nie koniec. Obserwujemy wlasne stany umyslu czy jak w vipassanie ciala, przestajemy utozsamiac sie z jakimkolwiek doswiadczeniem (skoro mozemy je obserwowac to jak mozemy nimi byc?a w to nawykowo wszyscy wierzymy), ale co to jest to co wszystko to obserwuje? Kim jestesmy w istocie? Rozpoznanie siebie jako obserwatora, jako tego ktory jest poza kazdym przemijajacym doswiaczeniem jest nazywane w buddyzmie nirwana albo inaczej Pustka, naszym prawdziwym „JA”. Ostatecznym celem vipassany jest doprowadzenie ucznia do tego punktu, do zrozumienia wlasnej prawdziwej natury. Ale droga do tego celu jest trudna, wyboista, czaso i pracochlonna. Nasze umysly sa straszliwie pomieszane, zaplatane we wlasne mysli i uczucia. Zyja w zludzeniach. I dlatego konieczne sa kursy takie jak teraz Olga odbywa, aby zobaczyc wlasne pomieszanie i zaczac sie z niego wyzwalac, co jest bardzo bolesnym procesem, ale ostatecznie przynoszacym brdzo pozytywne rezultaty.

Na sam koniec kursu Olga bedzie medytowac metta bhavane, czyli medytacje rozwijajaca milosc i wspolczucie do innych czujacych istot.

Dla uspokojenia napisze jeszcze, iz szkola vipassany nie jest zadna sekta. Sam bylem w zeszlym roku na takim kursie i moge z wlasnego doswiadczenia zapewnic, iz nikt nie wypierze jej tam mozgu, a jesli bedzie wlasciwie medytowac to zacznie powoli wyzwalac sie z reakcji powodujacej jej i innych cierpienie. Mnie to bardzo pomoglo i nadal pomaga (choc medytuje w innej szkole) i jestem innym szczesliwszym czlowiekiem niz bylem.

A ponizej schemat jej najblizszych dziesieciu dni :
4:00 – pobudka
4:30 – 6:30 – medytacja w sali medytacyjnej lub we własnym pokoju
6:30 – 8:00 – przerwa na śniadanie
8:00 – 9:00 – MEDYTACJA GRUPOWA w sali medytacyjnej
9:00 – 11:00 – medytacja w sali lub w pokoju (wg instrukcji nauczyciela)
11:00 – 12:00 – przerwa na obiad
12:00 – 13:00 – odpoczynek i spotkania indywidualne z nauczycielem
13:00 – 14:30 – medytacja w sali lub w pokoju
14:30 – 15:30 – MEDYTACJA GRUPOWA w sali medytacyjnej
15:30 – 17:00 – medytacja w sali lub w pokoju (wg instrukcji nauczyciela)
17:00 – 18:00 – przerwa na herbatę
18:00 – 19:00 – MEDYTACJA GRUPOWA w sali medytacyjnej
19:00 – 20:15 – wieczorny wykład w sali medytacyjnej
20:15 – 21:00 – MEDYTACJA GRUPOWA w sali medytacyjnej
21:00 – 21:30 – czas na pytania do nauczyciela w sali medytacyjnej
21:30 – powrót do pokojów, gaszenie świateł, cisza nocna

Hej czytacze blogu Olgi:)
Tu Maciek, chlopak Olgi:)
Za pozwoleniem i zacheceniem wielce szanownej Olgi wklejam swojego maila z tej czesci podrozy w ktorej Olga jeszcze uczestniczyla, a ktorej nie zdarzyla opisac, a ja opisalem. Jest to wpis tymczasowy i Olga planuje stworzyc wlasna notke po wyjsciu z vipassany, choc pewno uda jej sie to dopiero w Polsce, czyli po 3 pazdziernika. Teraz jedzie jeszcze do Igatpuri w klasie 2A, czyli kocyk, klima, wyciszenie szumow, zaciemnione szyby, miejsca na ladowanie komorki, no i niestety izolujacy sie od siebie ludzie za zaslonkami.
A z odosobnieniem to bidulka, bo to nie jest takie latwe, sam bylem na trzech i pierwsze dwa to dosc duzo wysilku, sporo trudnych uczuc i mysli, no ale nie ma innej mozliwosci, aby oczyscic swoj wlasny umysl z reakcji powodujacych wlasne i innych cierpienie. A takie odosobnienia daja pozytywne rezultaty, co sam na sobie doswiadczam. Jestem spokojniejszy, bardziej rozluzniony, uwazniejszy, mniej rzeczy wytraca mnie z rownowagi, mam wrazenie iz wiecej widze oraz wiecej akceptuje tego co wlasnie z chwili na chwile jest.

Ponizej notka od Munnaru, przez Pollachi i park narodowy Indiry Gandhi do Trissuru (do 18 09) :
Nasza podroz zbliza sie juz ku koncowi. Zastalo nam tylko 14 dni i hop ladujemy w Polsce. Olga jedzie jutro na odosobnienie vipassany, a ja bede czesc sam podrozowal, a czesc spedze na Goa z dwojka Polakow. Na razie jutro jade na Goa na plaze Palolem.

W ostatnich dniach mielismy mozliwosc doswiadczyc calkiem sporoi natury indyjskiej. Wpierw pojechalismy do Munnaru w ghaty zachodnie. Po drodze wspaniale widoki, czasami gorska jungla, a pozniej lsniace jaskrawa zielonoscia uprawy herbaty. Herbata to takie male krzaczki z ktorych co 15-20 dni zrywa sie gorna, mlode listki. W okolicach Munnaru uprawy sa wszedzie. Wlasciwie wiekszosc okolic jest porosnieta herbata. Tworzy to jedyna w swoim rodzaju atmosfere i naprawde potafi zachwycic swoim pieknem. A tam gdzie nie bylo upraw herbaty byly przepiekne na pol dzikie gory. Sa one calkowicie nie podobne do tych w Polsce. Po pierwsze jest tu caly rok cieplej, snieg raczej nie spada, nawet na wysokosci powyzej 2000 metrow, w zwiazku z czym jest zielono caly rok. Sa tez inne odglosy, czasami przypominaja jest elektroniczne dzwieki, ale wiekszosc jest do niczego nie porownywalna co u nas, wiec niestety nie uda mi sie ich opisac. A szkoda bo byly pikne odglosy ptakow i roznych owadow. No i jeszcze te skaly, wodospady, mgla (ciagle wlasciwie padalo).

W samym Munnarze wydarzyla nam sie smieszno- straszna hidtoria. Otoz tak gdzies o 3 w nocy czuje jakby cos mi po twarzy chodzilo. No ale mysle sobie, ze to zwida i ide spac. Pozniej znowu to samo, a i Olga tez cos poczula. Zrywamy sie przestraszeni, zapalamy swiatlo i szukamy. Myslalem ze to jakis wielki pajak, ale znalezlismy tylko… rodzinke Kraluchow. Tata Tadzio 8 centymetrowy, mama Zosia 8 centymetrowa i Mateuszek syn 5 centymetrowy:) Tak je nazwalismy, zeby oswoic strach. Wyrzucilismy nieproszonych gosci i poszlismy spac. Inna smieszna sprawa, ze w Munnarze ludzie przy 209 stopniach chodza… w cieplych czapkach, grubych kurtkach i bluzach. Wogole wszyscy tak wygladaja jak hip-hopowcy i raperzy:) No ale to sa wlasciwie indyjscy ludzie gor:)

Z Munnaru pojechalismy do Pollachi, aby odwiedzic gorski park narodowy Indiry Gandhi. O parku zaraz, tymczasem Pollachi. W tym miescie nie ma nic ciekawego, a wszystko stoi na glowie. Hotel nie znaczy hotel tylko restauracje, co nas pare razy zmylilo gdy szukalismy noclegu, ludzie nie pozwalaja robic siku np. w restauracji, nawet kiedy sie mowi i widac, ze po prostu jeszcze minua i sie posikamy, mezczyzni sikaja gdzie popadnie, ktos kogos dusi na ulicy, pan w kafejce jest przerazony gdy na chwile chce sie usiasc na schodkach pod kafejka… Poza tym nocowalismy tam w spoko warunkach, ale jak wychodzilismy to roztaczal sie przepiekny widok szaczajacych mezczyzn. Byl tam dworzec autobusowy i nie bylo toalety, no i gdzies bylo zrobic to siku, no i tak co chwile na warty chodzili i wystawiali siusiaki po pieciu, dziesieciu. Za kazdym razem mialem odruch wymiotny. Wogole hindusi to straszni syfiarze i nie raz mialem ochote rzygnac na nich za ten caly ich cholerny syf. Bo sami sobie sraja, sikaja, rzucaja smieci pod nogi. A pozniej dziwic sie dlaczego tutaj tak wiele chorob.

No ale na szczescie na dzien uciesklismy z paskudnego Pollachi i udalismy sie do parku. No i co to byla za odmiana. Dzungla w gorach, pieciogodzinny spacer po niej, dziko, dziko jeszcze raz dziko. Ptaki czasem spiewaly, owady graly, widzielismy lagury (malpy), dzikie slonie, goar (jak to jest po polsku?), niebywaja i zachwycajaca ilosc roslin (chodzilismy po lasach bambusowych, wiecznie zielonych lisciastych o przeroznych czasami olbrzymich lisciach i ksztaltach. Tutaj wszedzie, nawet w najwiekszym cieniu cos musi urosnac. U nas nic nie zyje w cieniu lasu, tylko na wiosne, bo jeszcze nie ma cienia, tutaj jest caly rok wiecznie zielono i to w sposob doskonaly, zakrywajacy wszystko calkowicie. Poza tym bylo sporo wody i soczystosci z nia zwiazanej. No i byly pijawki. Jedna Olge udziabala i wyssala jej 5 mililitrow krwi:) No ale zyje, a pijawka wysysa przeciez ta zla krew. Chodzac tak po tej dzungli i porownujac ja ze swiatem ludzkim mialem uczucie, ze ludzie zyja w takim chaosie, a tu wszystko jest tak pieknie harmonijne. Zastanawialem sie razem z Olga wlasciwie dlaczego sie tak stalo, ze swiat zdominowal gatunek, ktory rozpierdolil wszystko, zasyfil jak np. w miastach hinduskich. A natura tak tchnie piknem i harmonia. Zwlascza tutaj w tropikach. Mam nadzieje, ze odwroca sie negatywne tendencje ktore teraz dominuja na planecie Ziemia.

trzymajcie sie cieplo i do zobaczenia juz niedlugo
Maciek z Trissuru

ta notka to wlasciwie przypadkowe zrzadzenie losu, dochodzi do skutku dzieki chaotycznosci kolei indyjskich. nie zdazylabym nic Wam napisac gdyby nie to, ze godzina odjazdu mojego pociagu do Igatpuri na vipassane zostala zmieniona a my o tym nie wiedzielismy, wiec gdy dzisiaj przybylismy na stacje w Trissur jakie bylo nasze zdziwienie (ale glownie irytacja) gdy dowiedzielismy sie ze moj pociag juz odjechal. zatem pisze skoro mam te mozliwosc :)

dzialo sie troche przez te 9 dni. dlugo przebywalismy w miasteczku rybackim Cochin w stanie Kerala. rybolostwo jest tam od poczatku, w dodatku w odmianie chinskiej – na wybrzezu kanalu wplywajacego do morza ustawione sa jedne przy drugich ogromne stelaze drewniane, rodzaje dzwigni na ktore naciagniete sa sieci. ryby lowi sie zanurzajac i wynurzajac jeden koniec tej monstrualnej w porownaniu do wedki maszyny. wzdloz wybrzeza ustawione sa stoliki na ktorych rybacy zamieszczaja przeglad lokalnej fauny wodnej na sprzedaz. niektore niestety jeszcze zyja.
zeby sprobowac ryby po takich doswiadczeniach musialam troche sie znieczulic i nastawic na tryb ‚jedzenia obiadu’ by nie myslec o tym cierpieniu. rozumiem co raz lepiej motywacje Macka by nie jesc zwierzat, ale tez zdaje sobie sprawe ze ot tak nie moge przestac jesc miesa bo to po prostu niezdrowe dla ciala. wiec, troche pokonujac sama siebie.. jesli chodzi o smak ryb, to wole te polskie baltyckie – ryby z indyjskich wod, czy to po stronie wschodniej czy zachodniej, wydaja misie mdle w smaku.

w Cochin dzialo sie wiele rzeczy: przede wszystkim choroba Macka, wysoka goraczka, ktora zatrzymala nas tu na dluzej (juz jest ok, caly i zdrowy :). ze spraw kulturoznawczych: koncert-improwizacja trojki hinduskich muzykow, na tabli, flecie i czyms takim co przypomina plumkajacy glebokim dzwiekiem bembenek i nazwy nie pamietam. musze powiedziec ze to co oni wyrabiaja na instrumentach nie miesci sie w glowie europejczyka tak latwo.. skale na ktorych sie poruszaja sa tak rozbudowane, tak inne, tak przebogate jak indyjska puszcza w porownaniu do miedzyleskiego lasu :)las miedzyleski to sosna brzoza dab i pare innych plus mech jalowiec i gdzieniegdzie wrzos. piekne, subtelne, przejrzyste – w porownaniu z dzungla. a dzungla indyjska to pomieszane niespodziewanie wszystkie odcienie zieleni, intensywne, nieregularne, jednak zgrywajace sie w koncu w wielki pulsujacy organizm. wilgotny, tetniacy, nabierajacy oddechu by zamienic sie na zielono jeszcze mocniej w chwili gdy umysl zaczyna sie przyzwyczajac do ‚zielonego’. taka jest dla mnie ta muzyka, z reszta nie tylko muzyka, bo tez teatr keralski ‚Kathakali’, ktory w odroznieniu od tanca-teatru ‚Bharatanatyam’ w ktorym uczestniczylam w Tamil Nadu w Chennai, jest chaotyczny i bardzo sytuacyjno-relacyjny, angazujacy przez swoja dynamike, porywy i zmiany w odgrywanym micie, ktory nie jest tylko odtwarzaniem lecz przezywaniem mitu i ozywianiem go, bo te mity ktore widzialam nie sa martwe lecz ciagle zasilane ludzka uwaga, entuzjazmem i przejeciem. rowniez artyzmem.

kathakali.jpg
{powyzej wziete z sieci zdjecie z Kathakali, tak wyglada dobry bohater w tanczonej-odgrywanej opowiesci-micie.}

Cochin to, jesli nie zdazylam jeszcze tego nadmienic, kolejne miejsce z wplywami kolonialnymi. podbijany i urozmaicany kulturowo przez rozne panstwa europejskie (portugalia, holandia..), stal sie tez dosyc wczesnie miejscem osadzenia sie zydow, ktorzy wybudowali swoja synagoge tuz obok palacu owczesnego maharadzy. swoja droga, odwiedzilam palac i zadziwia mnie intensywnosc i bogactwo a takze otwartosc prezentowania erotycznych scen – bezposrednio na scianach miejsca w ktorym sie mieszka, je, obraduje, spi i przyjmuje gosci. chyba tak erotycznych malowidel jeszcze nie widzialam: namalowane w formie freskow nasciennych w specyficznym, jak dla mnie troche komiksowym stylu, sceny te sa roznorodne zarowno w pomyslowosci jak i kolorystyce, np. taki Krishna pieszczacy swoimi niezliczonymi konczynami roznorodne rodzaje erogennych miejsc nimf i innych panien, w otoczeniu kopulujacych i usmiechnietych jelonkow, psow, krow i malp. kultywacja zycia w jego czystej esencji, chwili zblizenia dzieki ktorej zycie istnieje – i ma sie dobrze.. zastanawia to, ze hindusi przychodza do swiatyni, muzeow, palacy i innych miejsc spuscizny kultury, patrza na to wszystko, a na ulicach trzymanie sie za reke czy jakakolwiek czulosc od razu budzi speszenie i jest raczej tabu niz czyms powszechnie dozwolonym.

tu notke ucinam poniewaz pozno jest a wlasciciel kafejki ma pociag do domu. zobaczymy czy uda misie napisac cos jeszcze. jesli nie, to do napisania za parenascie dni – juz po vipassanie – postaram sie dokonczyc opis tego co w tytule notki.. i moze cos dodam o odosobnieniu, chociaz tego nie jestem pewna, bo nie wiem czy to mozliwe pisac o czyms takim.
pozdrawiam cieplo z Trissur’u w stanie Kerala :) i do [przeczytania, drodzy!


  • RSS