w mojej wyobraźni perspektywa wyjazdu na 4 miesiące w połowie listopada zaczyna swędzieć. oznacza to tyle, że myślę o tym co raz poważniej. już teraz przeżywam tę podróż, mimo, że tyłek mam usadowiony wygodnie na stołku, na 6. piętrze bloku na warszawskich bielanach. pisałam o tym TUTAJ. pojawiło się parę modyfikacji planu. z trasy wypada Birma, z racji poważnie zwiększonego ryzyka epidemii różnej maści po katastrofie naturalnej. szkoda, bo piękny kraj..

tych parę głównych refleksji, to: troska o zdrowie (już mi przechodzi atak paniki), ciekawość (ciekawe, co tam jest…), a co będzie i jak to będzie gdy.. (gdy skończę 25 lat otoczona mnóstwem np. tajów zamiast polaków?; gdy Boże Narodzenie spędzę tylko z Maćkiem – i mnóstwem np. tajów; gdy będę składała 50. życzenia urodzinowe mojej mamie z np. Tajlandii). no no… :)

zatem.. generalnie wylatujemy 16 listopada z Warszawy do Bangkoku. powrót mamy wykupiony na 20 marca 2009 roku z Bangkoku. pieniądze na wyjazd są w trakcie gromadzenia się (i niech nikt nie mówi mi, że nigdzie nie wyjeżdża, bo go nie stać – trzeba CHCIEĆ i tyle, zrobić sobie magiczne ‚pstryk’ w głowie i zafiksować się na tej opcji, w której głowa jest pełna spełniających się marzeń, wołających o weryfikację ;P).

zbliża się więc listopad. otwieram listę niedrogich prezentów, proszę się wpisywać w komentarze (przy tych droższych sponsoring sam o siebie prosi). jeżeli ktoś nie jest pewien, to z chęcią przewiozę przez granicę zimnego, usmażonego w Bangkoku, przy ulicy, tajskiego robaka ;P (tak, naprawdę to zrobię).

teraz jest czas na pracę, porządną pracę. i porządną kasę. i piękne, Polskie lato oraz początek jesieni za jakiś czas.

dziś jest drugi lipca dwa tysiące ósmego roku.