ziemny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2007

normalnie taki czad że hej!!
oglądałam właśnie film „Nierozłączni” („Dead Ringers”) o 2 braciach bliźniakach jednojajowych, ginekologach. nic więcej nie powiem bo nie wiem nawet co, ale tak czy siak Jeremy Irons stał się moim guru jeśli chodzi o grę aktorską (w dodatku prywatnie żegluje katamaranem obosz!! :)). w życiu nie widziałam tak świetnie i szczegółowo zagranej postaci 2 ludzi jednocześnie! totalny czad…..
i ta historia z narzędziami ginekologicznymi i rozdzielaniem się.. jestem w szoku! ciekawi? oglądać! :D

uff! :)

malowałam dziś (21.xii) obraz. malowałam go „ze zdjęcia” na którym był kwiat jabłoni i malowałam na brzozie (przeciętym plastrze drewna, słoju brzozy znalezionym w lesie). i jak tak malowałam, to działy się różne rzeczy. zaczęłam z obawą co to będzie – przecież ja nie „umiem” malować, nie mam wykształcenia w tych sztukach, robię to może co parę miesięcy jednorazowo. zchrzanię? ee cholera  ..mimo to zaczęłam malować.

sprzątnąć biurko, gazeta na blat, sztaluga, drewno na nią, farby wyjąć, pędzle położyć, wybrać 3, resztę odstawić niedaleko, podkładka pod kubek, kubek z herbatą zalany na gorąco, szklanka z wodą zalana na letnio, biała kredka obok sztalug, chusteczki, obok laptop już włączony a na ekranie – kwiat jabłoni, talerz jako paleta i jedziemy!

na początku zmagania wawnętrzne – czy niebieskośc nieba najpierw czy najpierw białą kredką zarys sprawy? i to i to, niebieskość zrobiona, przeróżna, w międzyczasie wciskają się do świadomości te brązowo-zielone te no, gałązki, mnóstwo kolorów, warstw, co to będzie ?!? oboże takie piękne drewno a ja tak tu plackam tymi barwami „a może to tu tak i tu nie tam co innego trochę titanium white, trochę burnt umber, mix z resztką jakiegoś innego mixu i mixu mixu, jezu coto bedzie!”.. się działo.

skupienie, co raz częściej. czasem muzyka w tle się skończy. pędzel się powstrzymuje, nie ufa. powierzchnia chropowata, kupa farby idzie a woda wsiąka w drewno. pędzel jeździ jak po tarce, frup chruu fruffp. nie ufam sobie, swojej dłoni, nadgarstkowi, obawa że się trzęsie i że coś nie tak, na zmianę ze skupieniem i intuicją, bezmyślnością godną mistrza malarstwa. niezmienne fruffpf i kurff co pociągnięcie, co ruch. ocenianie ocenianie, na zmianę z zaufaniem – do siebie, do palcy, do oczu i tego głuchego fruffpf zdzierającego pędzel.

włosie pędzla układam wzdłuż drobnych śladów cięcia słoju. faktura jabłoni wsparta fakturą brzozy. siku, herbata i dalej.

tu pac tam pac, wcześniej zostawione fragmenty pokrywają się niespodziewanie kolejną warstwą. siedzę i się to maluje. i nagle zdałam sobie z czegoś sprawę – jakaś zmiana nastąpiła i pędzel rusza się swobodnie. nie wiem co. może to czas. może coś czego nie potrafię zauważyć. jak niezasłużona nagroda – lekkośc malowania z chwili na chwilę, nieszczególna i bezpośrednia odwaga kładzenia farby tam gdzie sama chce być połozona. rzadkie reminiscencje niepokoju rozrzedzone zanikają. fruffpf

przed namalowaniem samych kwiatów zawahanie, myśl pełna niepokoju „a jeśli te kwiaty nie wyjdą, przeciez są na wierzchu będzie widać jak nie dam rady i zchrzanię”. generalnie to nie wiem po co czegokolwiek od siebie oczekiwałam skoro i tak nie „umiem” malować no ale myśl tak czy siak przyszła ;). to malowanie jest jak podróż przez leśną ścieżkę! raz omszałe drzewa i puszki latają lekko i radośnie a raz chaszcze maliny i generalnie paranoja.

jak nie namaluję to nie będzie. no to namaluję.

kwiatki jakoś wychodziły, cieniowanie barwami nie wiem czy trafionymi ale jakoś to wygląda. a niech tam! myśl „to nic niezwykłego to malowanie”, bezmyślne fruffpf

a na sam koniec frajda – acrilico per decorazione, oro – gold, 138 :D jazz. teraz pyłki świecą się na złoto tak ślicznie że sama bym je zapyliła!!

kwiat jabłoni z dłoni!

kwiat jabłoni z mojej dłoni!

i jeszcze jedno. po co w ogóle jest ta notka? raz że dla mnie żebym pamiętała co się działo a dwa dla tych co im się przyda taki opis drogi malowania. z jakiegokolwiek powodu. intuicyjnie przypuszczam że jak ktoś dotrwa do tego momentu to znaczy że było w tym cos pociągliwego dla ichnich oczu ;)

„wesołe święta” możecie sobie wsadzić…

tak tak...

trochę pomyślunku trzeba tym wszystkim ganiającym po sklepach idiotom! ;)

w poprzedniej notce moje serdeczne życzenia świąteczne. :)

i nawet gdybym myślał

a miłości bym nie miał

byłbym niczym

spotkaj mnie w Warszawie na placyku Metra Centrum we czwartek 20.xii o godzinie 17.00!! będę potworem!!! reprezentującym diabelską moc jednorazowej plastikowej torebki…..

jeśli masz ochotę wesprzeć tę akcję to wpadaj na hepening (spolszczony :) !!

pomocy – muszę się osmielić żeby wcielić się w tę czarcią foliową szelestliwą skórę……

otóż znalazłam coś naprawdę pięknego, prawdziwego i od serca w tej sieci:

„…Miałem już dzisiaj nic nie pisać ale się wkurwiłem jak nigdy!
Muszę odreagować.
Sorry za błędy i ogólny chaos, ale mam to w dupie. Niech to chuj!
Jebany dr Oetker! No co mnie kurwa podkusiło, żeby kupić
budyń z tej zajebanej firmy? Siedziałem sobie w domu, czytałem to
i tamto, aż mnie nagle złapała ochota na budyń. A z pięć lat już
tego gówna nie jadłem. No i się wziąłem ubrałem, pobiegłem do
sklepu.
-Poproszę budyń.
-Proszę. Dziękuję. Szybki powrót do domu. Na opakowaniu napisane,
że gotować mleko, potem wsypać, bla, bla, bla. Zrobiłem jak
kazali. I co? I wyszło mi kakao! Rzadkie jak sraczka. Tego się
nie da jeść.
Jak te pieprzone chamy mogą nazywać to coś budyniem i jeszcze chwalić się
nową recepturą? Mam tego dość. Dość jebanej demokracji, kapitalizmu i
całego tego ścierwa, które weszło do nas po ’89. Chce takich budyniów jak
za komuny! W brzydkich
opakowaniach, ale gęstych z takimi wkurwiającymi grudkami! I kisieli też
chcę! Niedawno na własne oczy widziałem jak moja znajoma PIŁA kisiel! Jak
kurwa można pić kisiel? Czy nasze dzieci już nie będą pamiętały, że to
należy wyjadać łyżeczką, do której wszystko się lepi i na koniec trzeba
oblizać? Kto mi zabrał szklane litrowe butelki z koka kolą? Komu one
przeszkadzały? I mleko w butelkach i śmietana, które kwaśniały bo były
prawdziwe!

A teraz po tygodniu stania na kaloryferze dalej jest „świeże”
Co to kurwa za mleko? A dzieci myślą, że to mleczarnia mleko daje a krowa
jest fioletowa. A te butelki takie fajne kapsle miały, skoble do
strzelania
w dupę się z nich robiło!… A gumki się z szelek wyciągało. Gdzie teraz
takie szelki?
Dlaczego teraz nawet wafelki prince polo są w tych cudnych opakowaniach
zachowujących świeżość przez pięćset lat?
Ja chce wafelków w sreberkach! I nie tylko prince polo ale i Mulatków!
Jaki dziad skurwił się zachodnią technologią, dzięki której teraz
wszystkie
cukierki rozpływają się w ustach, a nie tak jak kiedyś, trzeba je gryźć
było, tak normalnie jak ludzie!? No pytam sie, no!
Pierdolę mieć do wyboru setki rodzajów lodów i nie móc zdecydować się, na
jaki mam ochotę! Kiedyś były tylko bambino w czekoladzie i wszyscy
byli
szczęśliwi, a jak rzucili casatte to ustawiała się kolejka na pół
kilometra.
Czy ktoś pamięta jak smakuje prawdziwa bułka? Nie, kurwa, nie tak jak w
waszych pierdolonych sklepach, napompowane powietrzem kruche gówna.
Prawdziwe bułki są twardawe, wyraziste w smaku, a najlepiej z prawdziwym
masłem, które wyjęte z lodówki jest niemożliwe do rozsmarowania! O
margarynie za komuny można było tylko pomarzyć, a jak była, to taka
chujowa,
chyba Palma się nazywała. Wielkie pierdolone koncerny wyjebały na amen z
rynku moją ukochaną oranżadę, którą za młodu gasiłem pragnienie, a mordę
przez pięć godzin miałem czerwoną. I jej młodszą siostrę – oranżadkę w
proszku, której nikt nigdy nie rozpuszczał w wodzie, Bo służyła do
wyjadania oblizanym palcem. Nawet ukochane parówki mi zajebali, dziś już
nie robi się takich dobrych jak kiedyś…
W telewizji były dwa kanały, na każdym nic do oglądania. Teraz mamy sto
kanałów i też nic nie ma.
Możemy wpierdalać pomarańcze, banany i mandarynki, a kiedyś jak
przyszedłeś z czymś takim do szkoły, to cię szefem nazywali. Fast foodów
też nie bylo i każdy żywił się w drewnianych budach i żarlismy z
aluminiowych talerzy i jakoś nikt sraczki nie dostał, a śmieci wokoło nie
było bo nie było zasranych jednorazówek. A jak chcieliśmy ameryki to
żywiliśmy się zapiekankami z serem i pieczarkami i hod-dogami nabijanymi
na metalowe pale. Buła, parówa, musztarda!
Nic więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy.
Spierdalaj zasrana ameryko. A taką kurwa miałem ochotę na budyń”

na brzegu skały która faluje
stopy wytańczą wybór

tam

naprężenie strachu
wizja
za półprzezroczystą kurtyną przestrzeń
i decyzja
wcale nie zależna

gdzie jest granica ulgi
co się tak napręża i rozciąga w ucisku
jaki ruch wytworzył ciśnienie

w zamknięciu jak ziemia krąży i się kręci
iluzja

czego?

sądząc po charakterze pisma, była to wczesna podstawówka. sądząc po tematyce – lekcja geografii. czyli 4-5 klasa podstawówki.

w zadaniu pierwszym kartkówki było za zadanie najwyraźniej wymienić rodzaje krajobrazów. w zadaniu drogim najpewniej trzeba było jeden z wymienionych krajobrazów opisać.

przytaczam tak jak napisałam.

1. Krajobraz górski, krajobraz pagórkowaty, krajobraz nizinny, = krajobraz płaski, krajobraz morski, krajobraz leśny.

krajobraz leśny został podkreślony czerwoną nauczycielską kreską a obok niego znalazł się czerwony znak zapytania. cóż – ja wiem, co to znaczy krajobraz leśny. jest kraj, jest obraz tej krainy no i jest las. to jest krajobraz leśny.

2. Opisuje teraz krajobraz górski. Krajobraz górski charakteryzuje się tym że przypomina natórę i spokój którego nic nie może zastąpić. Są tam orły i czasami zjawiają się jastrzębie. Są tam góry niskie, wysokie i średnie. Najwyższe góry w Tatrach nazywają się rysy. Powiem też że nie wiem dla czego właśnie najwyższe góry w Tatrach nazywają się rysy.

i to jest święta prawda ;) tyle że teraz może się domyślam, dlaczego Rysy nazywają się Rysy. wyobrażam sobie, jak zarysowują niebo gdy chmury są nisko.

ale pojadę tam i sprawdzę.

co raz częściej słyszę od znajomych i nieznajomych „Nie mam czasu”. jakaś plaga normalnie! czasami jeszcze słyszę od niektórych „Nie wiem jak to się stało”, że się tak zapędzili. zastanawiam się jeszcze: czy to dlatego, że trzeba harować żeby przeżyć w Polsce, czy może po prostu z jakiegoś zagonienia mentalnego? z gonienia do przodu bez jakiejkolwiek metarefleksji, bez szacunku dla swojej wytrzymałości, dla odpoczynku, czasu dla ludzi bliskich. i co pozostaje – zarobiony człowiek, któremu jest przykro i który narzeka, że nie ma czasu. i po cholerę? przecież i tak wszyscy kończą tak samo. czy nie warto się zastanowić nad tym co jest tu właściwie do zrobienia?


  • RSS