wiosnę zawiało do Międzylesia i wszystko krąży teraz wyraźnie szybciej. soki w drzewach dźwigane do góry, pyłki drgają w rozgrzanym powietrzu, krew krąży jakoś bardziej żywo w żyłach, aż się czerwień rozjaśnia. zielono się robi, soczyście i kwieciście. mrówki wyłażą na czubki mrowisk i drgają nóżkami o patyczki żeby się lepiej domek poustawiał. ruch, rozruch, wychodzenie z bezruchu. mój rower też doświadcza rozruchu za moją inicjatywą i ogólnie ludzie też się żwawiej ruszają.

i w pewnym momencie okazuje się, że zaczynam zapierdalać. ruszać się zaczyna też moja potrzeba izolacji, spokoju, usiąścia i w świętym spokoju namalowania czegoś czerwono-pomarańczowego na płótnie. ale nie idzie, bo czas jest ograniczony i wypełniam go ruchem i rozruchem w sprawach jakiś tam projektów, prac, zajęć szkolnych, nie szkolnych i innych. nie stricte introspekcyjnych, tylko ciągle na zewnątrz, robota, jak te mrówki. tyle że ja nie jestem mrówką i misię przestaje już to wydawać optymalne. całe szczęście, że wysiadł mi w domu internet, bo musiałabym poruszać się jeszcze szybciej i częściej, zobowiązana możliwością kontaktu.

natura dźwiga swój rospęd co roku z wielką gracją, kwitując go smacznymi owocami i nasionami na przyszłość. po drodze wydaje kwiecisty, pachnący krzyk entuzjazmu, mieniący się w słońcu kolorem. pokładam zatem zaufanie w naturze, z której się zapewne wzięłam i idę dalej, rozkręcając się i kiełkując tak, by później móc spokojnie przybrać barwę bardziej stonowaną. :)