mama moja kupiła sobie jakiś czas temu płaszcz w ciucholandzie. ciepły, podszywany wełną. beżowy, długi, zapinany na 2 rzędy guzików. oglądając go w zachwycie w domu, zauważyła 2 plamy na materiale, toteż zdecydowała się oddać płaszcz do profesjonalnej pralni, by mieć gwarancję, że się spiorą.
udała się z rana do pralni w naszym Międzylesiu, wskazując z uczuleniem na plamy jako główny problem do zlikwidowania. pani za ladą przytaknęła.
mama moja zgłosiła się po płaszcz we wskazanym dniu. zapłaciwszy, chwyciła płaszcz i podwinęła pachnącą chemią folijkę, odkrywając dwie niesprane plamy. jak były – tak zostały! zaraz zarządziła reklamację usługi.

nastał dzień powtórnego odbioru płaszcza. chcąc pozbyć się plam na beżowym materiale, nie przypuszczała, że pralnia wzięła sobie jej życzenie mocno do serca i.. wycięła jedną plamę, po której pozostała pusta dziura, drugą zaś plamę w popłochu pozoztawiwszy na swoim starym miejscu!

po tym niecodziennym odkryciu, nastąpiła taka oto rozmowa z panią za ladą:
bo wie pani, oni takich mocnych proszków tam używają. jakby użyli mocniejszych, to by może kolor zmieniło i się wybieliło..
proszę pani, jedyne co ja tu widzę, to plamę i dziurę.

bez komentarza ;D