nie wiem dlaczego, gdy wydarza się wietrzny dzień, jest on równocześnie dziwny. rozbiegane liście, pędzące, wirujące, rude jak lisie ogony, zamiatają ulice i chodniki, tulą się do kory drzew, wzbijają się w przestrzeń i robią fikołki. czarno-biały kot staje na tylnych łapach i patrzy zza szyby okna na głaskaną powietrzem sierść drzewa. ja dostaję papierową białą różę od pana Romana Giertycha z zapewnieniem o czystych intencjach, a chmury koloru marmolady z papayi przemiaszane z tymi jagodowymi przemiarzają kilometry oglądając ziemię pofalowaną tańczącymi koronami drzew. potem gasną światła, a gdy okazuje się że prądu nie ma, ludzie nagle zaczynają zdawać sobie sprawę ze swojego zagubienia w zaadaptowanym dla przerośniętych potrzeb świecie. jedyne, co pozostaje, to wiatr, który już poleciał dalej, i jego szum, kołyszący.