tak właśnie – dziś zajrzałam do szafy, w której stoi plecak. nachyliłam się by coś tam ręką w głębi szafy poprawić a tu.. zapach indii! powoli, powoli, wtopiłam się w polską jesienną i chłodną rzeczywistość, oswajając ją knedlami ze śliwkami (babcia mnie nauczyła :) i ulubioną muzyką wieczorami. indie odchodzą w cień, jak ten plecak schowany w ciemnej szafie. kolory wspomnień nie blakną – barwy indii nadal się iskrzą – jednak są jakby dalej. zapach jest najbardziej emocjonalnym zmysłem, powiązanym z pamięcią odczuć i sytuacji. dlatego wystarczyło poniuchanie plecaka i wszystko, co przeżyło się przez te 2 miesiące, odezwało się ponownie, żar wspomnień podsycony podmuchem uwagi.

jeszcze nie opisałam przejścia stamtąd tutaj. przez parę pierwszych dni po powrocie aklimatyzowałam się głównie na gruncie fizycznym – rozwolnienie z powodu powrotu do polskiej flory bakteryjnej, przenikliwe uczucie zimna z powodu szoku termicznego, dbanie o gardło z powodu kompletnie innego typu powietrza, ból głowy, żarłoczność z powodu różnic energetycznych tam i tu.. wszystko to już minęło oprócz odczucia chłodu i lekkiej żarłoczności, które być może da się złagodzić stopniowo herbatą z indyjskim imbirem. psychiczna aklimatyzacja przebiegła łagodnie, prawdopodobnie ze względu na te 10 dni odosobnienia tuż przed opuszczeniem indii, które odsunęło mnie od rumoru tłoku i natłoku bodźców na ulicach tamtejszych miast. pamiętam jednakże pewną refleksję parę dni po powrocie do Polski – że jakoś nieswojo się czuję i że to chyba z powodu braku systematyki dnia; w indiach dzień polegał na zobaczeniu tego, co ciekawiło i co się zaplanowało, zrobienia kroku dalej w inne miejsce. ciągłe poznawanie, otwarcie na nowe, tryb działania, przemieszczania się, karmienia się nowymi bodźcami, niecodziennymi sytuacjami poza systematyką dnia codziennego w rozumieniu polskim, domowym, międzyleskim. w Polsce pomyślałam sobie jakoś mi nieswojo.. tutaj nie planuję już co jutro zobaczę, nie ma obcych ludzi oraz rozmów, jedzenia w restauracjach z orientalnym menu, klaksonów na ulicy, Maćka obok właściwie non-stop. tutaj jest spokój i przewidywalność, właściwie nie ma nawet planu dnia, niby studia się zaczęły a jakoś tak pusto... głód aktywności! przyzwyczajenie do poprzedniego stanu umysłu.

pamiętam też inne refleksje. Polska wydała misię krajem stosunkowo melancholijnym, nawet poetyckim, spokojniejszym i o wiele bardziej subtelnym niż indie. to słychać w muzyce: posłuchajcie sobie Chopina i klasycznej muzyki hinduskiej :)

muszę przyznać, że zanim wyjechałam, nie przypuszczałam, że przeżyję tak intensywnie szok kulturowy. wydawało misię, że jestem przecież taka otwaarta, taka tolerancyyjna.. owszem, do pewnego stopnia jestem i całe szczęście! jednak w pewnym momencie granica między tym, w jakich warunkach ja byłam od początku życia i czym nasiąkłam, a tym, w co zostałam wrzucona za własną zgodą na te 2 miesiące, została przekroczona. widać to w notce JA w indiach, którą napisałam jeszcze przed połową całej trasy. uwarunkowania umysłu pękły, by zdrowo się zdezorganizować i przejść w nowy porządek. dostosowanie się czasem boli, często też się go prawdopodobnie nie będziemy spodziewać, ponieważ tak głęboko tkwimy we własnych znanych schematach, iluzjach, że wszystko jest w jakiś sposób. to się tyczy nie tylko podróżowania, ale akurat przy tej aktywności napewno prędzej czy później wyjdzie na wierzch i da o sobie znać wielmożnemu Ego ;)

na koniec – obiecałam napisać o odosobnieniu. wszystko co się tyczy planu dnia i techniki zostało już napisane wcześniej przez Maćka. za to to, co się tam przeżywa, jest bardzo indywidualne, ale sądzę, że to co łączy doświadczenia wszystkich uczestników tych dni, to siła motywacji. motywacji, m.in. by: wstawać codziennie o 4 rano, przestrzegać przyżeczonych zasad, powracać uwagą do medytacji, być dla siebie jednocześnie łagodnym i stanowczym (co jest jedną z trudniejszych rzeczy jaką się jednak szczęśliwie nauczyłam :) no i nie uciec stamtąd. odosobnienie to DOŚWIADCZENIE, nie żadna teoria czy myślowa wycieczka w gdybanie na temat siebie i świata. 10 dni to tyle, że trudno nie doświadczyć w tym czasie (i tych warunkach) samej siebie właśnie taką jaką się jest. czemu nie uciekać? czemu warto pozostać? mam swoją odpowiedź, parę bardzo ważnych rzeczy, które dzięki odosobnieniu wyszły na wierzch, np.: gdyby nie zasada milczenia, nie DOŚWIADCZYŁABYM wewnętrznej mądrości, w chwilach gdy nie ma kto odpowiedzieć Ci na Twoje Pytanie, pozostaje się samemu ze sobą i z tym co się pojawi. i to jest NIEZNANE i wyłania się znikąd. wynika (jeszcze raz to napiszę) z doświadczenia a nie z myśli. gdy miałam Pytania, na które nauczyciel nie mógł mi odpowiedzieć, odpowiedź sama zaczęła się pojawiać, i to była prawdziwa odpowiedź. nie zmyślona przez umysł :). to jeden przykład tego, co pojawiło się w wyniku odosobnienia.
każdy, rzecz jasna, ma swój powód, by być na odosobnieniu. dla mnie jest to ten sam powód, dla którego medytuję. jest to także ten sam powód, dla którego Budda Gautama usiadł pod drzewem, które później stało się Drzewem Bodhi.

to w sumie tyle na temat odosobnienia, co mi do głowy teraz przychodzi żeby napisać. jeśli macie jakieś pytania albo może refleksje, to zapraszam do ich publikacji :)

oficjalnie kończę relację :)) dzięki, że czytaliście i dawaliście znać. na dniach powiem pewnie co ze spotkaniem zdjęciowym. obrabianie materiału fotograficznego z 2 miesięcy trochę trwa ;)

no to do przeczytania :)