zatem piszę już z domu :) i z ogonkami! nareszcie Alt spełnia swą polską rolę ogonkowicza.

uzupełniam podróżnicze wpisy. dzięki Maćkowi mogliście czytać co u nas było czego opisać nie zdążyłam i co u mnie schematycznie się działo przez owe tajemnicze 10 dni odosobnienia od świata zewnętrznego w Igatpuri. teraz postaram się zebrać te okruszynki wspomnień i wrażeń, które pozostały z tych miejsc co w tytule i przelać je na bloga.

z Cochin wyjechaliśmy autobusem do Munnaru, położonego wysoko w górach miejsca gdzie wzgórza zostały masowo ogolone z roślinności i posiane herbatą, której uprawy są jak ogromny wieloodcieniowy zielony mech w formie krzaków, wysokości zwykle około metra. sama droga do Munnaru jawi misię wspomnieniem pełnym pstrokatej zieleni, przestrzeni, stromych zbocz i śpiewu ptaków. naprawde ładnie tam i zimno też! po przyjeździe zakupiliśmy ciepłe ubrania – hindusi chodzą tam w czapkach, swetrach, kurtkach.. dziwnie jest widzieć hindusa tak ubranego po tym co się widziało na nizinach, gorących i słonecznych. Maciek miał plan iść na 3dniowy treking a ja jechać dalej po 1 dniu ale ekipa polskich znajomych w końcu przyjechała dopiero później a my przez te dni zdążyliśmy autorikszą przez cały dzień zwiedzić okoliczne tereny. droga kręta, stroma, dziurawa, wśród nie kończących się plantacji. inna sprawa że cała taka plantacja należy do 1 faceta, właściciela firmy TATA, ktora jest troche jak Daewoo, tzn. znaczy swoją marką przeróżne produkty: herbatę, samochody, ciężarówki, autobusy, przeloty samolotem, kosmetyki, sprzęt gospodarstwa domowego.. i pewnie parę rzeczy których nie zauważyłam. autorikszarz bardzo miły i zakatarzony, wiózł nas i zatrzymywał się co jakiś czas przy pktach widokowych albo tam gdzie chcieliśmy, naciągnął nas na przejażdżkę na słoniu (ale duży i czuć jego łopatki jak się na nim siedzi) (w ogóle tam są też dzikie słonie i sobie ganiają po górach, ale super), w końcu zawiózł nas na najwyżej położone miejsce zwane Top Station, z której rozciągał się widok na nasłoneczniony jasny teren stanu Tamil Nadu. wszystkie chmury zatrzymują się na keralskich Ghatach Zachodnich w których się znajdowaliśmy. po wypiciu gorącej herbaty z masalą zjechaliśmy na dół z powrotem do wolgotnego i deszczowego Munnaru. góry tam sprawiają wrażenie miękkich przez zielone cieniowane młodymi liśćmi herbaty plantacje. chociaż to tylko jedna część gór, ta zaadaptowana przez człowieka, bo ta część dzika i zazwierzona prezentuje się inaczej. chociaż widzieliśmy jej w tym miejscu Ghatów mało, to jednak robi wrażenie. więcej o niej napisałam już przy porównaniu w zeszłej notce, gdy pisałam o muzyce i roślinności w dżungli.

z deszczowego wilgotnego Munnaru przecięliśmy łańcuch Ghatów Zachodnich autokarem w podróży do Pollachi, miasta które miało być bazą do wypadu do parku narodowego im. Indiry Gandhi. już jadąc tam miałam dziwne subtelne odczucia niepokoju, a gdy dojechaliśmy miasto okazało się pełne syfu, sikających facetów, gorąca i dziwnego rodzaju lęku w oczach i zachowaniu ludzi. pan z kafejki internetowej przegonił nas gdy chcieliśmy usiąść na schodkach blisko, Maćka ktoś nie wpuścił do toalety w hotelu nawet jak błagał, a nazwa ‚hotel’ to oznaczenie restauracji a nie hotelu, w dodatku kino nazywa się ‚theatre’. oczywiście czasami ludzie są mili, np. w restauracjach, chociaż po hinglijsku nie umieli, to 1 pan napisał mi koślawym alfabetem łacińskim co mają z jedzenia, bo na menu publicznym wszystko było w ich języku lokalnym. miasto to wywarło na nas takie wrażenie, że tylko uciekać. wybyliśmy tymczasowo w górę tzn. do parku narodowego im. Indiry Gandhi w Ghatach Zachodnich. szkoda, że nie zaplanowaliśmy tam noclegu, bo infrastruktura tego parku na to pozwala, jest tam ślicznie i spokojnie, dziko i jakoś tak dobrze, bo blisko natury, harmonicznej i pełnej życia. w biurze wykupiliśmy sobie 5ciogodzinną przechadzkę z przewodnikiem po terenach parku (był to 1 z paru dostępnych szlaków, czyli gdyby tu przyjechać na parę dni to codziennie można widzieć coś nowego a nocować jest gdzie, no super poleacm gdyby ktoś planował tu przyjechać). zanurzyliśmy się w dźunglę.. była to początkowo dżungla bambusowa – pionowe kije, poplątane zielonymi i ziemistymi powojami, dziwne odgłosy, zwierzęta chowające się przed naszym szelestem.. czułam się obserwowana, ale obserwowana przez zwierzęta, to znaczy spokojnie uważnie i jakoś tak bez napięcia. dowiedziałam się, że tygrysy też tu bywają i że mogą podchodzić na 35 metrów. widzieliśmy słonie (dokarmiane przez tutejszych pracowników parku, specjalnie dla nich gotujących klocki z gorącej pożywnej kaszy), małpy, parę gatunków ptaków – w tym dzięcioła dość często. mnie użarła dodatkowo ssawka, jak to się nazywa? pijawka o. poznaliśmy to po ciemnej plamie krwi na moich spodniach z tyłu. wyssała sobie trochę złej krwi i poszła dalej, miałam parę chwil potem schizę czy jeszcze jakaś na mnie nie siedzi ale na szczęście tylko ta się odważyła. :) po tej wizycie powzięłam decyzję, zainspirowana zielenią i dzikością, że jak będę jeszcze gdzieś jechać, to parki narodowe staną się częściem obiektem mojego zainteresowania niż miasta i świątynie. naprawdę warto, naprawdę. szum i stukot bambusowych kijów to coś niezapomnianego.

z żalem wróciliśmy do Pollachi, by przespać tam noc i wybyć z rańca do Trissuru, z którego miałam pociąg do Igatpuri. jak już pisałam, pociąg był wcześniej niż my więc pojechałam dnia następnego, co oznaczało 1 dzień więcej razem.. bo przez następnych paręnaście podróżowaliśmy osobno: Maciek po Indiach a ja uważnością zwiedzałam swoje ciało i subtelne drgania oddechu. jeśli chodzi o Trissur, to jest to całkiem przyjemne miasto, z jakąś sławną świątynią hinduską którą widzieliśmy w przelocie z zewnątrz, bo nie-hindu wstępu nia mają a z resztą mieliśmy parę spraw do załatwienia. jedyne co o niej mogę powiedzieć to to że jej architektura nie przypomina z zewnątrz tak bardzo innych hindu świątynii jakie widzieliśmy w poprzednich miejscach. w tymże mieście znajduje się też stary kościół nestoriański, czyli odmiany chrześcijaństwa która powstała chyba w V wieku n.e. (chyba że pewnie się mylę). ostatnie chwile razem.. i pojechałam do Igatpuri. z racji jakiegoś błędu wynikłego z systemu dysponowania miejscami w indian railway, dostałam nowe miejsce w klasie 2A, tzn izolacji za zasłonami, higienie, niebieskości, miejscu gdzie jest miejsce na ładowanie telefonu komórkowego, jest zimno od klimy a ludzie jakoś mało gadają do siebie i ogólnie kontakt z rzeczywistością jest słaby – bo tak jak w klasie 3A jest jedna długa zaciemniona szyba, to w 2A szyba ta podzielona jest na 2 czyli są 2 małe szybki z pasem ściany, czyli jeszcze mniej widać świata zewnętrznego. z tego wynika że moje odosobnienie zaczęło się już w tym pociągu.. na szczęście w przedziale znalazłam miłą rodzinę z którą czasem można było pogadać, dostałam od nich nawet w czasie posiłku gazetę za podkładkę (indyjskie żarcie to głównie ryż/chapatti i płyny sosowe, dość tłuste), pogadaliśmy sobie trochę o hinduiźmie i w ogóle milutko. spotkałam też pana z którym rozmowy obracały się wokół medytacji, pracy z energią i relaksacji. pan ów był na 1 kursie medytacji vipassana jakoś wcześniej i dobrze nam się rozmawiało z tym że on miał lekką obsesję na punkcie pozbywania się złych myśli :) ale wyglądał na szczęśliwego więc może to i dobrze dla niego. pomógł mi już na samej stacji w Igatpuri gdy już wysiadłam, poszedł ze mną do oficera stacji i załatwił bezpieczną rikszę do ośrodka vipassany. wdzięczna mu jestem i chcę Wam napisać że czasem można naprawdę miłuch i dobrych ludzi spotkać w podróży jeśli się jest choć trochę otwartym :). spóźniona dotarłam do ośrodka, załadowałam się do pokoju, umyłam i zasnęłam.

od rana zaczęła się medytacja. rozkład dnia i to co tam porabiałam już znacie z opisów Maćka. napiszę chyba oddzielną notkę na temat tego co tam się działo i co to zmienia i jak – we mnie, bo każdy przeżywa to inaczej. na razie siedzę w domu, na drewnianym sosnowym krześle i wdycham polskie chłodne powietrze. po parunastogodzinnej podróży pociągiem a potem samolotem dotarliśmy szczęśliwie do Polski i zostaliśmy przywitani przez moich rodziców girlandami ;) ciekawie tak wracać. ciekawe co dzieje się gdy się wraca. te rzeczy też postaram się opisać potem w następnej notce.

no to tyle jeśli chodzi o Indie, drodzy :)) dziękuję za posłuch :)) komentarze niezmiennie dodawały mi radości i otuchy, dawały poczucie bliskości tego daleko położonego kraju-Polski i uciechę z tego, że ktoś tam jest i chce wiedzieć co tutaj-w Indiach, co u mnie, u nas. DZIĘKUJĘ i zapraszam jeszcze na tę 1 notkę o indiach co ma się pojawić. potem blog na powrót stanie się miejsce zapisków z życia w Polsce, wewnętrznych podróży i ekspresji, inspiracji.

zatem do przeczytania, drodzy :) namaste!