ziemny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2006

głęboka prawda

3 komentarzy

czasem sobie myślę o tak chcę, tak jest dobrze.. albo tak nie chcę, tak jest źle!.

tu jest właśnie miejsce na uśmiech


kochani! drodzy! znajomi! zainteresowani!

zapraszamy niniejszym na pokaz slajdowy a po nim hinduskie pląsy lub miłą posiadówę (do wyboru do koloru) przy smrodku kadzideł i plumkaniu tabli!

pokazzoimprezzo odbędzie się

5 listopada, niedziela
godzina 16.00

ul. Dantego 1 mieszkania nr 25, Warszawa, Bielany, Polska

dajcie znać kto chętny!! :) jakby spoza Warszawy to mogę pomóc w trafieniu

kochani! drodzy! znajomi! zainteresowani!

zatem do zobaczenia :))

Czciciel gwiazd i mądrości, miłośnik ogrodów,
Wyznawca snów i piękna i uczestnik godów,
Na które swych wybrańców sprasza sztuka boska:
Znam gorycz i zawody, wiem, co ból i troska,
Złuda miłości, zwątpień mrok, tęsknot rozbicia,
A jednak śpiewać będę wam pochwałę życia -
Bo żyłem długo w górach i mieszkałem w lasach.
Pamięcią swe dni chmurne i dni w słońca krasach
Przechodzę, jakby jakieś wielkie, dziwne miasta,
Z myślą ciężką, jak z dzbanem na głowie niewiasta,
A dzban wino ukrywa i łzy w swojej cieśni.
Kochałem i wiem teraz, skąd się rodzą pieśni;
Widziałem konających w nadziejnej otusze
I kobiety przy studniach brzemienne, jak grusze;
Szedłem przez pola żniwne i mogilne kopce,
Żyłem i z rzeczy ludzkich nic nie jest mi obce.
Przeto myśli me, które stoją przy mnie w radzie,
Choć smutne, są pogodne jako starcy w sadzie.
I uczę miłowania, radości w uśmiechu,
W łzach widzieć słodycz smutną, dobroć chorą w grzechu,
I pochwalam tajń życia w pieśni i w milczeniu,
Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu.

tak właśnie – dziś zajrzałam do szafy, w której stoi plecak. nachyliłam się by coś tam ręką w głębi szafy poprawić a tu.. zapach indii! powoli, powoli, wtopiłam się w polską jesienną i chłodną rzeczywistość, oswajając ją knedlami ze śliwkami (babcia mnie nauczyła :) i ulubioną muzyką wieczorami. indie odchodzą w cień, jak ten plecak schowany w ciemnej szafie. kolory wspomnień nie blakną – barwy indii nadal się iskrzą – jednak są jakby dalej. zapach jest najbardziej emocjonalnym zmysłem, powiązanym z pamięcią odczuć i sytuacji. dlatego wystarczyło poniuchanie plecaka i wszystko, co przeżyło się przez te 2 miesiące, odezwało się ponownie, żar wspomnień podsycony podmuchem uwagi.

jeszcze nie opisałam przejścia stamtąd tutaj. przez parę pierwszych dni po powrocie aklimatyzowałam się głównie na gruncie fizycznym – rozwolnienie z powodu powrotu do polskiej flory bakteryjnej, przenikliwe uczucie zimna z powodu szoku termicznego, dbanie o gardło z powodu kompletnie innego typu powietrza, ból głowy, żarłoczność z powodu różnic energetycznych tam i tu.. wszystko to już minęło oprócz odczucia chłodu i lekkiej żarłoczności, które być może da się złagodzić stopniowo herbatą z indyjskim imbirem. psychiczna aklimatyzacja przebiegła łagodnie, prawdopodobnie ze względu na te 10 dni odosobnienia tuż przed opuszczeniem indii, które odsunęło mnie od rumoru tłoku i natłoku bodźców na ulicach tamtejszych miast. pamiętam jednakże pewną refleksję parę dni po powrocie do Polski – że jakoś nieswojo się czuję i że to chyba z powodu braku systematyki dnia; w indiach dzień polegał na zobaczeniu tego, co ciekawiło i co się zaplanowało, zrobienia kroku dalej w inne miejsce. ciągłe poznawanie, otwarcie na nowe, tryb działania, przemieszczania się, karmienia się nowymi bodźcami, niecodziennymi sytuacjami poza systematyką dnia codziennego w rozumieniu polskim, domowym, międzyleskim. w Polsce pomyślałam sobie jakoś mi nieswojo.. tutaj nie planuję już co jutro zobaczę, nie ma obcych ludzi oraz rozmów, jedzenia w restauracjach z orientalnym menu, klaksonów na ulicy, Maćka obok właściwie non-stop. tutaj jest spokój i przewidywalność, właściwie nie ma nawet planu dnia, niby studia się zaczęły a jakoś tak pusto... głód aktywności! przyzwyczajenie do poprzedniego stanu umysłu.

pamiętam też inne refleksje. Polska wydała misię krajem stosunkowo melancholijnym, nawet poetyckim, spokojniejszym i o wiele bardziej subtelnym niż indie. to słychać w muzyce: posłuchajcie sobie Chopina i klasycznej muzyki hinduskiej :)

muszę przyznać, że zanim wyjechałam, nie przypuszczałam, że przeżyję tak intensywnie szok kulturowy. wydawało misię, że jestem przecież taka otwaarta, taka tolerancyyjna.. owszem, do pewnego stopnia jestem i całe szczęście! jednak w pewnym momencie granica między tym, w jakich warunkach ja byłam od początku życia i czym nasiąkłam, a tym, w co zostałam wrzucona za własną zgodą na te 2 miesiące, została przekroczona. widać to w notce JA w indiach, którą napisałam jeszcze przed połową całej trasy. uwarunkowania umysłu pękły, by zdrowo się zdezorganizować i przejść w nowy porządek. dostosowanie się czasem boli, często też się go prawdopodobnie nie będziemy spodziewać, ponieważ tak głęboko tkwimy we własnych znanych schematach, iluzjach, że wszystko jest w jakiś sposób. to się tyczy nie tylko podróżowania, ale akurat przy tej aktywności napewno prędzej czy później wyjdzie na wierzch i da o sobie znać wielmożnemu Ego ;)

na koniec – obiecałam napisać o odosobnieniu. wszystko co się tyczy planu dnia i techniki zostało już napisane wcześniej przez Maćka. za to to, co się tam przeżywa, jest bardzo indywidualne, ale sądzę, że to co łączy doświadczenia wszystkich uczestników tych dni, to siła motywacji. motywacji, m.in. by: wstawać codziennie o 4 rano, przestrzegać przyżeczonych zasad, powracać uwagą do medytacji, być dla siebie jednocześnie łagodnym i stanowczym (co jest jedną z trudniejszych rzeczy jaką się jednak szczęśliwie nauczyłam :) no i nie uciec stamtąd. odosobnienie to DOŚWIADCZENIE, nie żadna teoria czy myślowa wycieczka w gdybanie na temat siebie i świata. 10 dni to tyle, że trudno nie doświadczyć w tym czasie (i tych warunkach) samej siebie właśnie taką jaką się jest. czemu nie uciekać? czemu warto pozostać? mam swoją odpowiedź, parę bardzo ważnych rzeczy, które dzięki odosobnieniu wyszły na wierzch, np.: gdyby nie zasada milczenia, nie DOŚWIADCZYŁABYM wewnętrznej mądrości, w chwilach gdy nie ma kto odpowiedzieć Ci na Twoje Pytanie, pozostaje się samemu ze sobą i z tym co się pojawi. i to jest NIEZNANE i wyłania się znikąd. wynika (jeszcze raz to napiszę) z doświadczenia a nie z myśli. gdy miałam Pytania, na które nauczyciel nie mógł mi odpowiedzieć, odpowiedź sama zaczęła się pojawiać, i to była prawdziwa odpowiedź. nie zmyślona przez umysł :). to jeden przykład tego, co pojawiło się w wyniku odosobnienia.
każdy, rzecz jasna, ma swój powód, by być na odosobnieniu. dla mnie jest to ten sam powód, dla którego medytuję. jest to także ten sam powód, dla którego Budda Gautama usiadł pod drzewem, które później stało się Drzewem Bodhi.

to w sumie tyle na temat odosobnienia, co mi do głowy teraz przychodzi żeby napisać. jeśli macie jakieś pytania albo może refleksje, to zapraszam do ich publikacji :)

oficjalnie kończę relację :)) dzięki, że czytaliście i dawaliście znać. na dniach powiem pewnie co ze spotkaniem zdjęciowym. obrabianie materiału fotograficznego z 2 miesięcy trochę trwa ;)

no to do przeczytania :)

czarna noc biały gołąb
pac tuż obok mnie na chodnik z nieba
jeśli on spada 1,5 metra ode mnie
to ile we mnie powstaje
i ile wygasa we mnie
w tej jednej chwili!
gołąb jest 1,5 metra ode mnie
ja jestem od siebie 0
to w gruncie rzeczy nie ma znaczenia
czy to gołąb czy ja
czy to 1,5 metra czy 0
pac! i już, i pac!

zatem piszę już z domu :) i z ogonkami! nareszcie Alt spełnia swą polską rolę ogonkowicza.

uzupełniam podróżnicze wpisy. dzięki Maćkowi mogliście czytać co u nas było czego opisać nie zdążyłam i co u mnie schematycznie się działo przez owe tajemnicze 10 dni odosobnienia od świata zewnętrznego w Igatpuri. teraz postaram się zebrać te okruszynki wspomnień i wrażeń, które pozostały z tych miejsc co w tytule i przelać je na bloga.

z Cochin wyjechaliśmy autobusem do Munnaru, położonego wysoko w górach miejsca gdzie wzgórza zostały masowo ogolone z roślinności i posiane herbatą, której uprawy są jak ogromny wieloodcieniowy zielony mech w formie krzaków, wysokości zwykle około metra. sama droga do Munnaru jawi misię wspomnieniem pełnym pstrokatej zieleni, przestrzeni, stromych zbocz i śpiewu ptaków. naprawde ładnie tam i zimno też! po przyjeździe zakupiliśmy ciepłe ubrania – hindusi chodzą tam w czapkach, swetrach, kurtkach.. dziwnie jest widzieć hindusa tak ubranego po tym co się widziało na nizinach, gorących i słonecznych. Maciek miał plan iść na 3dniowy treking a ja jechać dalej po 1 dniu ale ekipa polskich znajomych w końcu przyjechała dopiero później a my przez te dni zdążyliśmy autorikszą przez cały dzień zwiedzić okoliczne tereny. droga kręta, stroma, dziurawa, wśród nie kończących się plantacji. inna sprawa że cała taka plantacja należy do 1 faceta, właściciela firmy TATA, ktora jest troche jak Daewoo, tzn. znaczy swoją marką przeróżne produkty: herbatę, samochody, ciężarówki, autobusy, przeloty samolotem, kosmetyki, sprzęt gospodarstwa domowego.. i pewnie parę rzeczy których nie zauważyłam. autorikszarz bardzo miły i zakatarzony, wiózł nas i zatrzymywał się co jakiś czas przy pktach widokowych albo tam gdzie chcieliśmy, naciągnął nas na przejażdżkę na słoniu (ale duży i czuć jego łopatki jak się na nim siedzi) (w ogóle tam są też dzikie słonie i sobie ganiają po górach, ale super), w końcu zawiózł nas na najwyżej położone miejsce zwane Top Station, z której rozciągał się widok na nasłoneczniony jasny teren stanu Tamil Nadu. wszystkie chmury zatrzymują się na keralskich Ghatach Zachodnich w których się znajdowaliśmy. po wypiciu gorącej herbaty z masalą zjechaliśmy na dół z powrotem do wolgotnego i deszczowego Munnaru. góry tam sprawiają wrażenie miękkich przez zielone cieniowane młodymi liśćmi herbaty plantacje. chociaż to tylko jedna część gór, ta zaadaptowana przez człowieka, bo ta część dzika i zazwierzona prezentuje się inaczej. chociaż widzieliśmy jej w tym miejscu Ghatów mało, to jednak robi wrażenie. więcej o niej napisałam już przy porównaniu w zeszłej notce, gdy pisałam o muzyce i roślinności w dżungli.

z deszczowego wilgotnego Munnaru przecięliśmy łańcuch Ghatów Zachodnich autokarem w podróży do Pollachi, miasta które miało być bazą do wypadu do parku narodowego im. Indiry Gandhi. już jadąc tam miałam dziwne subtelne odczucia niepokoju, a gdy dojechaliśmy miasto okazało się pełne syfu, sikających facetów, gorąca i dziwnego rodzaju lęku w oczach i zachowaniu ludzi. pan z kafejki internetowej przegonił nas gdy chcieliśmy usiąść na schodkach blisko, Maćka ktoś nie wpuścił do toalety w hotelu nawet jak błagał, a nazwa ‚hotel’ to oznaczenie restauracji a nie hotelu, w dodatku kino nazywa się ‚theatre’. oczywiście czasami ludzie są mili, np. w restauracjach, chociaż po hinglijsku nie umieli, to 1 pan napisał mi koślawym alfabetem łacińskim co mają z jedzenia, bo na menu publicznym wszystko było w ich języku lokalnym. miasto to wywarło na nas takie wrażenie, że tylko uciekać. wybyliśmy tymczasowo w górę tzn. do parku narodowego im. Indiry Gandhi w Ghatach Zachodnich. szkoda, że nie zaplanowaliśmy tam noclegu, bo infrastruktura tego parku na to pozwala, jest tam ślicznie i spokojnie, dziko i jakoś tak dobrze, bo blisko natury, harmonicznej i pełnej życia. w biurze wykupiliśmy sobie 5ciogodzinną przechadzkę z przewodnikiem po terenach parku (był to 1 z paru dostępnych szlaków, czyli gdyby tu przyjechać na parę dni to codziennie można widzieć coś nowego a nocować jest gdzie, no super poleacm gdyby ktoś planował tu przyjechać). zanurzyliśmy się w dźunglę.. była to początkowo dżungla bambusowa – pionowe kije, poplątane zielonymi i ziemistymi powojami, dziwne odgłosy, zwierzęta chowające się przed naszym szelestem.. czułam się obserwowana, ale obserwowana przez zwierzęta, to znaczy spokojnie uważnie i jakoś tak bez napięcia. dowiedziałam się, że tygrysy też tu bywają i że mogą podchodzić na 35 metrów. widzieliśmy słonie (dokarmiane przez tutejszych pracowników parku, specjalnie dla nich gotujących klocki z gorącej pożywnej kaszy), małpy, parę gatunków ptaków – w tym dzięcioła dość często. mnie użarła dodatkowo ssawka, jak to się nazywa? pijawka o. poznaliśmy to po ciemnej plamie krwi na moich spodniach z tyłu. wyssała sobie trochę złej krwi i poszła dalej, miałam parę chwil potem schizę czy jeszcze jakaś na mnie nie siedzi ale na szczęście tylko ta się odważyła. :) po tej wizycie powzięłam decyzję, zainspirowana zielenią i dzikością, że jak będę jeszcze gdzieś jechać, to parki narodowe staną się częściem obiektem mojego zainteresowania niż miasta i świątynie. naprawdę warto, naprawdę. szum i stukot bambusowych kijów to coś niezapomnianego.

z żalem wróciliśmy do Pollachi, by przespać tam noc i wybyć z rańca do Trissuru, z którego miałam pociąg do Igatpuri. jak już pisałam, pociąg był wcześniej niż my więc pojechałam dnia następnego, co oznaczało 1 dzień więcej razem.. bo przez następnych paręnaście podróżowaliśmy osobno: Maciek po Indiach a ja uważnością zwiedzałam swoje ciało i subtelne drgania oddechu. jeśli chodzi o Trissur, to jest to całkiem przyjemne miasto, z jakąś sławną świątynią hinduską którą widzieliśmy w przelocie z zewnątrz, bo nie-hindu wstępu nia mają a z resztą mieliśmy parę spraw do załatwienia. jedyne co o niej mogę powiedzieć to to że jej architektura nie przypomina z zewnątrz tak bardzo innych hindu świątynii jakie widzieliśmy w poprzednich miejscach. w tymże mieście znajduje się też stary kościół nestoriański, czyli odmiany chrześcijaństwa która powstała chyba w V wieku n.e. (chyba że pewnie się mylę). ostatnie chwile razem.. i pojechałam do Igatpuri. z racji jakiegoś błędu wynikłego z systemu dysponowania miejscami w indian railway, dostałam nowe miejsce w klasie 2A, tzn izolacji za zasłonami, higienie, niebieskości, miejscu gdzie jest miejsce na ładowanie telefonu komórkowego, jest zimno od klimy a ludzie jakoś mało gadają do siebie i ogólnie kontakt z rzeczywistością jest słaby – bo tak jak w klasie 3A jest jedna długa zaciemniona szyba, to w 2A szyba ta podzielona jest na 2 czyli są 2 małe szybki z pasem ściany, czyli jeszcze mniej widać świata zewnętrznego. z tego wynika że moje odosobnienie zaczęło się już w tym pociągu.. na szczęście w przedziale znalazłam miłą rodzinę z którą czasem można było pogadać, dostałam od nich nawet w czasie posiłku gazetę za podkładkę (indyjskie żarcie to głównie ryż/chapatti i płyny sosowe, dość tłuste), pogadaliśmy sobie trochę o hinduiźmie i w ogóle milutko. spotkałam też pana z którym rozmowy obracały się wokół medytacji, pracy z energią i relaksacji. pan ów był na 1 kursie medytacji vipassana jakoś wcześniej i dobrze nam się rozmawiało z tym że on miał lekką obsesję na punkcie pozbywania się złych myśli :) ale wyglądał na szczęśliwego więc może to i dobrze dla niego. pomógł mi już na samej stacji w Igatpuri gdy już wysiadłam, poszedł ze mną do oficera stacji i załatwił bezpieczną rikszę do ośrodka vipassany. wdzięczna mu jestem i chcę Wam napisać że czasem można naprawdę miłuch i dobrych ludzi spotkać w podróży jeśli się jest choć trochę otwartym :). spóźniona dotarłam do ośrodka, załadowałam się do pokoju, umyłam i zasnęłam.

od rana zaczęła się medytacja. rozkład dnia i to co tam porabiałam już znacie z opisów Maćka. napiszę chyba oddzielną notkę na temat tego co tam się działo i co to zmienia i jak – we mnie, bo każdy przeżywa to inaczej. na razie siedzę w domu, na drewnianym sosnowym krześle i wdycham polskie chłodne powietrze. po parunastogodzinnej podróży pociągiem a potem samolotem dotarliśmy szczęśliwie do Polski i zostaliśmy przywitani przez moich rodziców girlandami ;) ciekawie tak wracać. ciekawe co dzieje się gdy się wraca. te rzeczy też postaram się opisać potem w następnej notce.

no to tyle jeśli chodzi o Indie, drodzy :)) dziękuję za posłuch :)) komentarze niezmiennie dodawały mi radości i otuchy, dawały poczucie bliskości tego daleko położonego kraju-Polski i uciechę z tego, że ktoś tam jest i chce wiedzieć co tutaj-w Indiach, co u mnie, u nas. DZIĘKUJĘ i zapraszam jeszcze na tę 1 notkę o indiach co ma się pojawić. potem blog na powrót stanie się miejsce zapisków z życia w Polsce, wewnętrznych podróży i ekspresji, inspiracji.

zatem do przeczytania, drodzy :) namaste!


  • RSS