ziemny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2006

Tu znowu Maciek. Olga dojechala calo i zdrowo do Igatpuri okolo 8:30 wczoraj wieczorem (oczywiscie pociag sie spoznil trzy i pol godziny:)) i teraz juz siedzi i intensywnie oczyszcza swoj umysl.

Pomyslalem, iz warto by bylo napisac cokolwiek o tym co Olga teraz robi. Glowna strona vipassany to – http://www.dhamma.org/
A polska – http://www.pl.dhamma.org/

Najpierw bedzie cwiczyc Annapane (mastery of the mind) czyli coraz subtelniejsza koncetracje na oddechu, najpierw na calym, pozniej tylko w ziurkach od nosa, a pozniej tylko na wejsciu do nosa. Medytacja ta uspokaja umysl i powoduje, iz moze on sie lepiej skoncetrowac na jednej rzeczy, a nie biegac tak jak zwykle z jednego miejsca na drugie. Trzeciego dnia wieczorem rozpocznie vipassane tzn. zacznie sie koncetrowac pokolei na wszystkich czesciej ciala, od glowy do stop badz odwrotnie bez reakcji awersji (o tak nie lubie, nie chce tego) jak rowniez bez reakcji lgniecia (reakcja o tak lubie, chce tak jeszcze). Czysta obserwacja doswiadczen w ciele takimi jakimi sa z chwili na chwile bez tworzenia czegos przez ego. Medytacja vipassany oprocz nauki stabilnosci, spokoju i zrownowazenia wobec zycia (wyzej opisana technika tworzy wlasnie taki efekt) uczy tzw. pustki umyslu. Znaczy to, iz obserwujac obiektywnie samego siebie zauwaza sie, ze wszystkie doswiadczenia tylko pojawiaja sie i znikaja, wszystkie sa nietrwale i nie maja wlasnej ponadczasowej natury, w zwiazku z tym umysl jest ciagla zmiana jednego stanu w drugi, jest zmieniajacym sie strumieniem. Jesli umysl jest ciagla zmiana to gdzie mialoby istniec nasze ja, ego? Mialoby byc ta zmiana jednego stanu w drugi? Glebokie zrozumienie tego faktu nazywa sie w buddyzmie doswiadczeniem pustki wlasnego umyslu. Ale to nie koniec. Obserwujemy wlasne stany umyslu czy jak w vipassanie ciala, przestajemy utozsamiac sie z jakimkolwiek doswiadczeniem (skoro mozemy je obserwowac to jak mozemy nimi byc?a w to nawykowo wszyscy wierzymy), ale co to jest to co wszystko to obserwuje? Kim jestesmy w istocie? Rozpoznanie siebie jako obserwatora, jako tego ktory jest poza kazdym przemijajacym doswiaczeniem jest nazywane w buddyzmie nirwana albo inaczej Pustka, naszym prawdziwym „JA”. Ostatecznym celem vipassany jest doprowadzenie ucznia do tego punktu, do zrozumienia wlasnej prawdziwej natury. Ale droga do tego celu jest trudna, wyboista, czaso i pracochlonna. Nasze umysly sa straszliwie pomieszane, zaplatane we wlasne mysli i uczucia. Zyja w zludzeniach. I dlatego konieczne sa kursy takie jak teraz Olga odbywa, aby zobaczyc wlasne pomieszanie i zaczac sie z niego wyzwalac, co jest bardzo bolesnym procesem, ale ostatecznie przynoszacym brdzo pozytywne rezultaty.

Na sam koniec kursu Olga bedzie medytowac metta bhavane, czyli medytacje rozwijajaca milosc i wspolczucie do innych czujacych istot.

Dla uspokojenia napisze jeszcze, iz szkola vipassany nie jest zadna sekta. Sam bylem w zeszlym roku na takim kursie i moge z wlasnego doswiadczenia zapewnic, iz nikt nie wypierze jej tam mozgu, a jesli bedzie wlasciwie medytowac to zacznie powoli wyzwalac sie z reakcji powodujacej jej i innych cierpienie. Mnie to bardzo pomoglo i nadal pomaga (choc medytuje w innej szkole) i jestem innym szczesliwszym czlowiekiem niz bylem.

A ponizej schemat jej najblizszych dziesieciu dni :
4:00 – pobudka
4:30 – 6:30 – medytacja w sali medytacyjnej lub we własnym pokoju
6:30 – 8:00 – przerwa na śniadanie
8:00 – 9:00 – MEDYTACJA GRUPOWA w sali medytacyjnej
9:00 – 11:00 – medytacja w sali lub w pokoju (wg instrukcji nauczyciela)
11:00 – 12:00 – przerwa na obiad
12:00 – 13:00 – odpoczynek i spotkania indywidualne z nauczycielem
13:00 – 14:30 – medytacja w sali lub w pokoju
14:30 – 15:30 – MEDYTACJA GRUPOWA w sali medytacyjnej
15:30 – 17:00 – medytacja w sali lub w pokoju (wg instrukcji nauczyciela)
17:00 – 18:00 – przerwa na herbatę
18:00 – 19:00 – MEDYTACJA GRUPOWA w sali medytacyjnej
19:00 – 20:15 – wieczorny wykład w sali medytacyjnej
20:15 – 21:00 – MEDYTACJA GRUPOWA w sali medytacyjnej
21:00 – 21:30 – czas na pytania do nauczyciela w sali medytacyjnej
21:30 – powrót do pokojów, gaszenie świateł, cisza nocna

Hej czytacze blogu Olgi:)
Tu Maciek, chlopak Olgi:)
Za pozwoleniem i zacheceniem wielce szanownej Olgi wklejam swojego maila z tej czesci podrozy w ktorej Olga jeszcze uczestniczyla, a ktorej nie zdarzyla opisac, a ja opisalem. Jest to wpis tymczasowy i Olga planuje stworzyc wlasna notke po wyjsciu z vipassany, choc pewno uda jej sie to dopiero w Polsce, czyli po 3 pazdziernika. Teraz jedzie jeszcze do Igatpuri w klasie 2A, czyli kocyk, klima, wyciszenie szumow, zaciemnione szyby, miejsca na ladowanie komorki, no i niestety izolujacy sie od siebie ludzie za zaslonkami.
A z odosobnieniem to bidulka, bo to nie jest takie latwe, sam bylem na trzech i pierwsze dwa to dosc duzo wysilku, sporo trudnych uczuc i mysli, no ale nie ma innej mozliwosci, aby oczyscic swoj wlasny umysl z reakcji powodujacych wlasne i innych cierpienie. A takie odosobnienia daja pozytywne rezultaty, co sam na sobie doswiadczam. Jestem spokojniejszy, bardziej rozluzniony, uwazniejszy, mniej rzeczy wytraca mnie z rownowagi, mam wrazenie iz wiecej widze oraz wiecej akceptuje tego co wlasnie z chwili na chwile jest.

Ponizej notka od Munnaru, przez Pollachi i park narodowy Indiry Gandhi do Trissuru (do 18 09) :
Nasza podroz zbliza sie juz ku koncowi. Zastalo nam tylko 14 dni i hop ladujemy w Polsce. Olga jedzie jutro na odosobnienie vipassany, a ja bede czesc sam podrozowal, a czesc spedze na Goa z dwojka Polakow. Na razie jutro jade na Goa na plaze Palolem.

W ostatnich dniach mielismy mozliwosc doswiadczyc calkiem sporoi natury indyjskiej. Wpierw pojechalismy do Munnaru w ghaty zachodnie. Po drodze wspaniale widoki, czasami gorska jungla, a pozniej lsniace jaskrawa zielonoscia uprawy herbaty. Herbata to takie male krzaczki z ktorych co 15-20 dni zrywa sie gorna, mlode listki. W okolicach Munnaru uprawy sa wszedzie. Wlasciwie wiekszosc okolic jest porosnieta herbata. Tworzy to jedyna w swoim rodzaju atmosfere i naprawde potafi zachwycic swoim pieknem. A tam gdzie nie bylo upraw herbaty byly przepiekne na pol dzikie gory. Sa one calkowicie nie podobne do tych w Polsce. Po pierwsze jest tu caly rok cieplej, snieg raczej nie spada, nawet na wysokosci powyzej 2000 metrow, w zwiazku z czym jest zielono caly rok. Sa tez inne odglosy, czasami przypominaja jest elektroniczne dzwieki, ale wiekszosc jest do niczego nie porownywalna co u nas, wiec niestety nie uda mi sie ich opisac. A szkoda bo byly pikne odglosy ptakow i roznych owadow. No i jeszcze te skaly, wodospady, mgla (ciagle wlasciwie padalo).

W samym Munnarze wydarzyla nam sie smieszno- straszna hidtoria. Otoz tak gdzies o 3 w nocy czuje jakby cos mi po twarzy chodzilo. No ale mysle sobie, ze to zwida i ide spac. Pozniej znowu to samo, a i Olga tez cos poczula. Zrywamy sie przestraszeni, zapalamy swiatlo i szukamy. Myslalem ze to jakis wielki pajak, ale znalezlismy tylko… rodzinke Kraluchow. Tata Tadzio 8 centymetrowy, mama Zosia 8 centymetrowa i Mateuszek syn 5 centymetrowy:) Tak je nazwalismy, zeby oswoic strach. Wyrzucilismy nieproszonych gosci i poszlismy spac. Inna smieszna sprawa, ze w Munnarze ludzie przy 209 stopniach chodza… w cieplych czapkach, grubych kurtkach i bluzach. Wogole wszyscy tak wygladaja jak hip-hopowcy i raperzy:) No ale to sa wlasciwie indyjscy ludzie gor:)

Z Munnaru pojechalismy do Pollachi, aby odwiedzic gorski park narodowy Indiry Gandhi. O parku zaraz, tymczasem Pollachi. W tym miescie nie ma nic ciekawego, a wszystko stoi na glowie. Hotel nie znaczy hotel tylko restauracje, co nas pare razy zmylilo gdy szukalismy noclegu, ludzie nie pozwalaja robic siku np. w restauracji, nawet kiedy sie mowi i widac, ze po prostu jeszcze minua i sie posikamy, mezczyzni sikaja gdzie popadnie, ktos kogos dusi na ulicy, pan w kafejce jest przerazony gdy na chwile chce sie usiasc na schodkach pod kafejka… Poza tym nocowalismy tam w spoko warunkach, ale jak wychodzilismy to roztaczal sie przepiekny widok szaczajacych mezczyzn. Byl tam dworzec autobusowy i nie bylo toalety, no i gdzies bylo zrobic to siku, no i tak co chwile na warty chodzili i wystawiali siusiaki po pieciu, dziesieciu. Za kazdym razem mialem odruch wymiotny. Wogole hindusi to straszni syfiarze i nie raz mialem ochote rzygnac na nich za ten caly ich cholerny syf. Bo sami sobie sraja, sikaja, rzucaja smieci pod nogi. A pozniej dziwic sie dlaczego tutaj tak wiele chorob.

No ale na szczescie na dzien uciesklismy z paskudnego Pollachi i udalismy sie do parku. No i co to byla za odmiana. Dzungla w gorach, pieciogodzinny spacer po niej, dziko, dziko jeszcze raz dziko. Ptaki czasem spiewaly, owady graly, widzielismy lagury (malpy), dzikie slonie, goar (jak to jest po polsku?), niebywaja i zachwycajaca ilosc roslin (chodzilismy po lasach bambusowych, wiecznie zielonych lisciastych o przeroznych czasami olbrzymich lisciach i ksztaltach. Tutaj wszedzie, nawet w najwiekszym cieniu cos musi urosnac. U nas nic nie zyje w cieniu lasu, tylko na wiosne, bo jeszcze nie ma cienia, tutaj jest caly rok wiecznie zielono i to w sposob doskonaly, zakrywajacy wszystko calkowicie. Poza tym bylo sporo wody i soczystosci z nia zwiazanej. No i byly pijawki. Jedna Olge udziabala i wyssala jej 5 mililitrow krwi:) No ale zyje, a pijawka wysysa przeciez ta zla krew. Chodzac tak po tej dzungli i porownujac ja ze swiatem ludzkim mialem uczucie, ze ludzie zyja w takim chaosie, a tu wszystko jest tak pieknie harmonijne. Zastanawialem sie razem z Olga wlasciwie dlaczego sie tak stalo, ze swiat zdominowal gatunek, ktory rozpierdolil wszystko, zasyfil jak np. w miastach hinduskich. A natura tak tchnie piknem i harmonia. Zwlascza tutaj w tropikach. Mam nadzieje, ze odwroca sie negatywne tendencje ktore teraz dominuja na planecie Ziemia.

trzymajcie sie cieplo i do zobaczenia juz niedlugo
Maciek z Trissuru

ta notka to wlasciwie przypadkowe zrzadzenie losu, dochodzi do skutku dzieki chaotycznosci kolei indyjskich. nie zdazylabym nic Wam napisac gdyby nie to, ze godzina odjazdu mojego pociagu do Igatpuri na vipassane zostala zmieniona a my o tym nie wiedzielismy, wiec gdy dzisiaj przybylismy na stacje w Trissur jakie bylo nasze zdziwienie (ale glownie irytacja) gdy dowiedzielismy sie ze moj pociag juz odjechal. zatem pisze skoro mam te mozliwosc :)

dzialo sie troche przez te 9 dni. dlugo przebywalismy w miasteczku rybackim Cochin w stanie Kerala. rybolostwo jest tam od poczatku, w dodatku w odmianie chinskiej – na wybrzezu kanalu wplywajacego do morza ustawione sa jedne przy drugich ogromne stelaze drewniane, rodzaje dzwigni na ktore naciagniete sa sieci. ryby lowi sie zanurzajac i wynurzajac jeden koniec tej monstrualnej w porownaniu do wedki maszyny. wzdloz wybrzeza ustawione sa stoliki na ktorych rybacy zamieszczaja przeglad lokalnej fauny wodnej na sprzedaz. niektore niestety jeszcze zyja.
zeby sprobowac ryby po takich doswiadczeniach musialam troche sie znieczulic i nastawic na tryb ‚jedzenia obiadu’ by nie myslec o tym cierpieniu. rozumiem co raz lepiej motywacje Macka by nie jesc zwierzat, ale tez zdaje sobie sprawe ze ot tak nie moge przestac jesc miesa bo to po prostu niezdrowe dla ciala. wiec, troche pokonujac sama siebie.. jesli chodzi o smak ryb, to wole te polskie baltyckie – ryby z indyjskich wod, czy to po stronie wschodniej czy zachodniej, wydaja misie mdle w smaku.

w Cochin dzialo sie wiele rzeczy: przede wszystkim choroba Macka, wysoka goraczka, ktora zatrzymala nas tu na dluzej (juz jest ok, caly i zdrowy :). ze spraw kulturoznawczych: koncert-improwizacja trojki hinduskich muzykow, na tabli, flecie i czyms takim co przypomina plumkajacy glebokim dzwiekiem bembenek i nazwy nie pamietam. musze powiedziec ze to co oni wyrabiaja na instrumentach nie miesci sie w glowie europejczyka tak latwo.. skale na ktorych sie poruszaja sa tak rozbudowane, tak inne, tak przebogate jak indyjska puszcza w porownaniu do miedzyleskiego lasu :)las miedzyleski to sosna brzoza dab i pare innych plus mech jalowiec i gdzieniegdzie wrzos. piekne, subtelne, przejrzyste – w porownaniu z dzungla. a dzungla indyjska to pomieszane niespodziewanie wszystkie odcienie zieleni, intensywne, nieregularne, jednak zgrywajace sie w koncu w wielki pulsujacy organizm. wilgotny, tetniacy, nabierajacy oddechu by zamienic sie na zielono jeszcze mocniej w chwili gdy umysl zaczyna sie przyzwyczajac do ‚zielonego’. taka jest dla mnie ta muzyka, z reszta nie tylko muzyka, bo tez teatr keralski ‚Kathakali’, ktory w odroznieniu od tanca-teatru ‚Bharatanatyam’ w ktorym uczestniczylam w Tamil Nadu w Chennai, jest chaotyczny i bardzo sytuacyjno-relacyjny, angazujacy przez swoja dynamike, porywy i zmiany w odgrywanym micie, ktory nie jest tylko odtwarzaniem lecz przezywaniem mitu i ozywianiem go, bo te mity ktore widzialam nie sa martwe lecz ciagle zasilane ludzka uwaga, entuzjazmem i przejeciem. rowniez artyzmem.

kathakali.jpg
{powyzej wziete z sieci zdjecie z Kathakali, tak wyglada dobry bohater w tanczonej-odgrywanej opowiesci-micie.}

Cochin to, jesli nie zdazylam jeszcze tego nadmienic, kolejne miejsce z wplywami kolonialnymi. podbijany i urozmaicany kulturowo przez rozne panstwa europejskie (portugalia, holandia..), stal sie tez dosyc wczesnie miejscem osadzenia sie zydow, ktorzy wybudowali swoja synagoge tuz obok palacu owczesnego maharadzy. swoja droga, odwiedzilam palac i zadziwia mnie intensywnosc i bogactwo a takze otwartosc prezentowania erotycznych scen – bezposrednio na scianach miejsca w ktorym sie mieszka, je, obraduje, spi i przyjmuje gosci. chyba tak erotycznych malowidel jeszcze nie widzialam: namalowane w formie freskow nasciennych w specyficznym, jak dla mnie troche komiksowym stylu, sceny te sa roznorodne zarowno w pomyslowosci jak i kolorystyce, np. taki Krishna pieszczacy swoimi niezliczonymi konczynami roznorodne rodzaje erogennych miejsc nimf i innych panien, w otoczeniu kopulujacych i usmiechnietych jelonkow, psow, krow i malp. kultywacja zycia w jego czystej esencji, chwili zblizenia dzieki ktorej zycie istnieje – i ma sie dobrze.. zastanawia to, ze hindusi przychodza do swiatyni, muzeow, palacy i innych miejsc spuscizny kultury, patrza na to wszystko, a na ulicach trzymanie sie za reke czy jakakolwiek czulosc od razu budzi speszenie i jest raczej tabu niz czyms powszechnie dozwolonym.

tu notke ucinam poniewaz pozno jest a wlasciciel kafejki ma pociag do domu. zobaczymy czy uda misie napisac cos jeszcze. jesli nie, to do napisania za parenascie dni – juz po vipassanie – postaram sie dokonczyc opis tego co w tytule notki.. i moze cos dodam o odosobnieniu, chociaz tego nie jestem pewna, bo nie wiem czy to mozliwe pisac o czyms takim.
pozdrawiam cieplo z Trissur’u w stanie Kerala :) i do [przeczytania, drodzy!

..czyli ciag dalszy prezebywania naszego na ziemi po ktorej stapa Bog. mysle, ze to Jemu spiewaja do snu tysiace skrzekoczacych zab na rozleglych polach ryzowych, tak, ze ich piesn krazy wysoka wibracja i porusza cos gleboko w srodku mnie. mysle tez, ze to Jego kaprys – wydobyc wszystkie mozliwe odcienie zieleni z roslin a blekitu z wod i nieba. mysle, ze potrzeba Mu wszystkich tych gesto rosnacych palm, by przyjemnie laskotaly Go w stopy, gdy przechadza sie po Swoim domu. my, mali jak mrowki, podziwialismy wszystko o wschodzie slonca na polach ryzowych, wiedzeni ciekawoscia i wywiedzeni z lozka swiergotem tropikalnych ptakow. bylismy tam caly dzien, noc i poranek. ludzie, ktorzy tam mieszkaja, kapia sie w czystej wodzie o poranku (my wskoczylismy do wody popoludniu, byla cudownie ciepla, tylko wejscie na poklad z powrotem okazalo sie dla mnie nie lada wyczynem ponawianym chyba ze 4 razy) :). tutaj nie ma krokodyli, piranii ani jadowitych wezow wodnych, woda jest za to pelna ryb, rybek i rybencji, lotosow i innych zielono-kolorowych roslinek, plywajacych na styku swiata wodnego i powietrznego. lezec na wodzie nie jest tak latwo jak na powierzchni oceanu (mimo iz backwaters sa niedaleko morza, to sa calkowicie slodkowodne, bo od niego oddzielone) ale i tak chwila wystarczyla by moc poczuc sie jak dryfujacy nenufar. tak jak ludzie tu maja w sobie wewnetrzny spokoj i patrzac na nich mam wrazenie, ze wszystko w nich odbywa sie wolniej i uwazniej niz u ludzi z miasta, tak i na mnie zaczal ten sposob bycia wplywac i zasililam sie tu nie tylko w czyste powietrze ale i glebszy, spokojniejszy oddech.

na samym houseboat’cie, czyli lodce takiej jak na zalaczonym obrazku w poprzedniej notce, mielismy wspanialego kucharza. skosztowalam tu najlepszego indyjskiego jedzenia jakie jadlam kiedykolwiek i dzieki temu moze juz nie mam takiego obrzydzenia do tutejszej kuchni (aczkolwiek, kuchnia kazdego stanu jest troche inna, bo kazdy stan indii to inna kultura). jedyne co doskwieralo i nas rozdraznilo pod koniec to pare kluczowych defektow w organizacji, ale nie dalismy sie zwariowac i w odwecie nie zaplacilismy im za piwo ;) niech maja skubance za swoje.

jesli chodzi o zdjecia i stan aparatow foto: 2 ktore mielismy nadal nie dzialaja, ale powzielismy expresowa decyzje i rano tuz przed wejsciem na poklad houseboat’a zakupilismy calkiem mila cyfrowke, ktorej teraz pilnujemy jak oczka w glowie. na szczescie karta pamieci z aparatu Macka pasuje do tego i dziala, wiec nie musielismy dokladac na nowa. ponizej przykladowe zdjecie wziete z internetu, robione na tej samej pewnie trasie ktora my plynelismy. my lepiej kadrujemy ;) i nasze obrazki zobaczycie wszyscy po powrocie.

ae36c53cae0ac8330a7543e1a6ef5190.jpg

a teraz +PLUS+ dodatek o Asramie w Pondicherry. chodzi mianowicie o odwiedzony przez nas w tym miescie Sri Aurobindo Ashram. wlasciwie pierwszy raz zetknelam sie bezposrednio z mysla i energia tego Asramu. stworzyli go jogin Sri Aurobindo i Matka, francuska ekolozka (i nie tylko). nie bede pisala o tym co oni pisza czy jakie jest ich przeslanie, bo w slowach nie umiem tego zawrzec, poniewaz moje poznanie przyszlo przez odczucia energetyczne a nie ksiazki, slowa czy muzyke. zmysl najsilniej zwiazany z pamiecia emocjonalna to zmysl zapachu. w Asramie Sri Aurobindo rosnie mnostwo kwiatow, a w glebi ogrodu stoi miejsce zwane przez mieszkancow Samadhi (Skupienie). jest to kamienna plyta na ktorej ulozone sa w mandale kwiaty, zroszone woda, swieze, pachnace i promieniujace zyciem. ludzie przychodzacy do Asramu jako pielgrzymi podchodzili do Samadhi, klekali i zanurzali dlonie w platki kwiatow. zrobilam to samo z chec przyblizenia sie i poznania tego co tam wlasciwie jest, co oni stamtad czerpia i co jest ich modlitwa. poczulam (fizycznie rzecz opisujac) ciepla energie Milosci pelnej Pokoju i Sily, plynaca z kwiatow przez rece wprost w moje otwierajace sie Serce. :)
wiecej pisac nie bede. jedyne co, to dziekuje z calego Serca ze moglam przypomniec sobie tak piekne uczucie jak Milosc plynaca z Sily Natury, ktore gdzies wczesniej zapodzialo sie wsrod lekow, pedu i zagmatwania.

kochani, jesli ktos z Was chce pocztowke z indii a jeszcze sie do niego nie odezwalam, to zachecam i piszcie do mnie na ziemnego maila z adresem. dziekuje za wszystkie slowa i nie tylko slowa. teraz czuje wewnatrz ze powoli moja podroz sie konczy. przede mna jest jeszcze wyprawa w Ghaty Zachodnie na pola herbaty i moze jeszcze jakies miasto, a potem juz 10 dni medytacji, po ktorej wylatuje z Delhi. dla Macka podroz jeszcze sie nie konczy, bo on te 10 dni jednak bedzie mial status ‚turysty’, chociaz tak naprawde oboje bedziemy podrozowac – on po Indiach i przez to tez po sobie a ja tylko po sobie, sledzac swoj oddech. obecnie znajdujemy sie w Kochi/Cochin w Kerali a pojutrze planujemy wypad w gory, gdzie tez prawdopodobnie uda nam sie znowu spotkac Kasie i jej faceta Pawla, ktory do niej przyjechal z Polski gdy bylismy w Bodhgayi :). pozdrawiam Was cieplo i odpowiadam usmiechem na wszystkie usmiechy ktore dostaje z daleka :)

tu jest bosko. przyjechalismy do Kerali (stan indii polozony na zachodnim wybrzezu na poludniu), konkretnie na stacje kolejowa Varkala, tuz po polnocy. szczesliwie zastalismy autorikszarza, ktorego dzien pracy najwyrazniej nigdy sie nie konczy. praktycznie nie mowil po hinglijsku, wiec na haslo ‚beach’ zawiazl nas na plaze i tam zostawil. przed nami z ciemnosci wylanial sie ogromny, szumiacy, zamglony Ocean, ktorego drobinki unosily se w powietrzu i osiadaly na naszych twarzach chlodem. zorientowalismy sie po dluzszej chwili, ze nasze chatki bambusowe w ktorych marzy nam sie nocowac sa na drugim krancu mapki w stosunku do miejsca okreslonego jako ‚beach’. z plecakami zaczelismy powoli zmierzac do celu.. na ulicach zywego ducha ludzkiego (wlasciwie to byl 1, taxowkarz ktory podrzucil nas za free jakis 1 km blizej celu), tylko psy.. przezylismy pare chwil w czasie ktorych adrenalina zaczela nam sie wydzielac na tyle, ze plecaki staly sie lekkie. nocna przygoda skonczyla sie szczesliwie gdy zaglebilam sie w uliczke na koncu ktorej slychac bylo glosny szum Oceanu, i trafilam na skraj klifu.. pare metrow w prawo byly nasze chatki bambusowe. teraz od 2 dni mieszkamy sobie jak burzuje w eleganckiej chatce w ktorej czujemy sie przytulnie i spi sie bardzo dobrze, w nocy i nad ranem slyszymy nad dachem ptaki, ktorych spiew czasem przypomina dzwieki z keyborda, a ozywcze powietrze znad lezacego 10m od nas, w dole, Oceanu, chlodzi nas gdy potrzeba. niebiansko, drodzy.. plaze tutaj to skrawki piasku (jest plaza biala, na ktorej widzimy z daleka jak gromadza sie hindusi i wchodza w ubraniach po kolana do wody i jest plaza czarna, na ktorej piaskach wyleguja sie obnazone do bikini ciala europejczykow i kapia sie radosnie w bialych pianach slonej wody, a patrzy na nich grupka skupionych hindusow plci meskiej) ale nie szkodzi ze to skrawki, przynajmniej teraz, bo w sezonie nie wyobrazam sobie jak jest mozliwe by pomiescilo sie na takiej plazy wiecej niz 10 par. Ocean robi na nas niezmiennie wrazenie groznego i przepieknego i w istocie taki jest, chociaz on sam pewnie w ogole nie mysli tymi kategoriami i to tez sie czuje. :)

stala sie tu wlasciwie tylko 1 rzecz o ktorej wspomniec musze, bo jest dosc publiczna w skutkach. otoz Ocean zrobil nam psikusa i wyslal w kierunku naszej materialowej torby ekstra-ordynarna fale ktora zamoczyla cyfrowki. skutkiem tego moja juz totalnie jest bezuzyteczna (mam nadzieje ze chociaz na karcie jeszcze da sie cos odzyskac) a Macka sie wlacza ale jeszcze nie widac obrazu na screenie. modlmy sie zeby chociaz 1 aparat zostal odratowany, bo inaczej oznacza to koniec zdjec. na szczescie Maciek w Madurai zgral zdjecia ze swojego aparatu na plytke, wiec chociaz do przedchwila jakies zdjecia mamy napewno.

a teraz na pocieszenie
kerala372.jpg
jutro wybieramy sie na backwaters, popatrzec na wioski keralskie i poprzebywac w jeszcze wiekszym burzujstwie na houseboat’cie (wygladac ma jak wyzej), wydajemy na to sporo ale w koncu raz w zyciu jestesmy w miejscu gdzie mieszka Bog

piszcie drodzy, piszcie, bardzo mi tego trzeba i powiem Wam ze co raz silniej przypominaja misie smaki polskiej kuchni i nawet sobie nie zdawalam sprawy jak bardzo lubie pierogi ruskie mojej babci i jablecznik tez..

rowerowa przejazdzka po pondicherry to cos, co kazdy porzadny czlowiek, ktoremu zalezy na poznaniu ludzi z innej kultury w prawdziwym kontakcie, powinien przezyc. decyzja przeszla nam entuzjastycznie. pondicherry, jak juz pisalam, jest miasteczkiem, w dodatku zeuropeizowanym, wiec na ulicach panuje troche wiekszy porzadek w ruchu drogowym. ale to zmyla! bo tak jest jedynie w czesci gdzie obecna jest architektura francuska. w czesci indyjskiej ludzie jezdza sobie jak chce zgodnie z tradycyjnym duchem hinduskim :). chyba jeszcze o tym nie wspominalam ale w indiach ruch jest lewostronny, co oznacza ze ja juz nie wiem czy pierwszenstwo ma osoba z prawej czy z lewej a znakow i swiatel tu nie ma (a jesli sa to nieprzestrzegane). jazda na indyjskim rowerze dala mi szanse pobycia w zywym strumieniu wrazen i ciaglej uwaznosci (wszystkie zmysly wyostrzone). ale najbardziej niesamowity jej aspekt wydarzyl sie w swiecie dzwiekow.. mowiac jezykiem studenta pracy z procesem – podazylam za procesem, biorac udzial w zywiolowym tancu Shivy stwarzajacym uliczny wszechswiat..

SHI-1med.jpg

bylam jednym z dzwoniacych kierowcow na drodze. dzwonek – to osobny temat.. otoz dzwoni sie tu na drodze z kazdego mozliwego powodu: bo sie skreca, bo sie zbliza do skrzyzowania, bo sie mowi ‚jestem’ bo sie kogos pozdrawia, bo sie ma impuls do zadzwonienia, bo sie mowi ‚zejdz mi z drogi’ (tutaj sie nie przepuszcza).. oczywiscie dzwonek to jeden ze slabszych instrumentow komunikacji, najslabsze sa zamontowane w najbiedniejszych rowerowych rikszach 2 metalowe placuszki plaskie, ktore zderza sie ze soba pociagajac za linke przy kierownicy. silniejsze sa klaksony – te z gumowa pompka, te co sie lekko wciska lub sciska cala dlonia.. ale najsilniejszymi zwierzetami w dzugli sa ciezarowki i autobusy, z wielkimi ciezkimi basowymi klaksonami, czesto podwojnymi. ostatnio jechalismy 2 razy autobusem miedzy miastami. Maciek na te okazje zatkal sobie uszy zmoczonym papierem toaletowym bo autentycznie uszy odpadaly gdy sie siedzialo na miejscu za kierowca. w ogole nasza ostatnia podroz autokarem do Trichy byla tak hardcore’owa ze pare razy bylismy blisko wymiotowania z powodu: 1) okrucienstwa na puszczanym dla pasazerow filmie tamilskim (gatunek ‚rozrywkowy’ czyli morderstwa pobicia agresja i jeszcze to wlozone w jakies namietnosci nazwane miloscia, cos strasznego) 2) jazdy jaka widzielismy doskonale z miejsca tuz za kierowca (stwierdzilismy ze mozliwe ze zeby wytrzymac to co dzieje sie tutaj na drogach, kierowca musial jeszcze podnosic swoj poziom pobudzenia by naturalnie byl dzieki temu spokojniejszy z powodu silniejszego wygaszania – hmeostaza psychiczna dziala, ale uwierzcie, gdy sie jedzie po raz kolejny na WPROST innego duzego autokaru, jednoczesnie wyprzedza na zakrecie zza ktorego NIC nie widac, na poboczu sa krowy/kozy/ludzie/riksze, a kierowca zerka na film na ktorym glowny macho-bohater rozwala czaszki innych facetow kijem golfowym, to naprawde mozna sie zzygac. dobra koniec watku o drogach :) (rodzino, spokojnie, w pondicherry naprawde bylo ‚bezpiecznie’ ;).

ciagnac dalej :) polubilam pondicherry. wyjezdzalismy stad udobruchani przebywaniem wsrod na-poly-swoich klimatach. po opisanej juz podrozy do trichy znalezlismy sie z powrotem w indiach pelna para. w trichy pojechalismy autobusem miejskim jeszcze wieczorem zobaczyc swiatynie Wisznu, ktora zrobila na nas wrazenie swoim ogromem, kolorystyka i symbolika. wzielismy sobie przewodnika ktory poopowiadal ciekawostki (np1. rozne ciekawe wcielenia Wisznu, obecnie zyje i jest wielbione przedostatnie z wcielen – Kriszna, np2. rzezby erotyczne w swiatyniach umieszcza sie po to by mlode malzenstwo mialo sie skad uczyc. dla nas zaskoczeniem byla plaskorzezba kobiety, ktorej pies lizal genitalia, co bylo obrazowaniem sposobu w jaki kobieta moze zaspokajac swoje potrzeby seksualne przed malzenstwem – zoofilia u nas jest tepiona a tutaj widocznie akceptowana!). na terenie Sri Ranganathaswami Temple wybudowanych jest 21 gopuramow (ogromnych wejsc na ktorych wyrzezbione sa przerozne bostwa), 19 z nich jest kolorowych, 1 zlota (80 kg surowca, mili!), a 1 biala (kolor czystosci). na terenie swiatyni w Trichy jest tez brama, ktora otwierana jest raz tylko w roku, by przepuscic przez swoje wrota masy pielgrzymow, ktorych dusza po tym ceremoniale wedruje prosto do nieba po smierci. a co z innymi? inni rowniez maja szanse pojsc do nieba i oczyscic sie ze zla (to tez jest motyw hindu), musza stanac przy schowanym na uboczu filarze na koncu korytarza prowadzacego do bramy, wlozyc 5 palcow prawej reki w 5 dziurek wyrytych w kamieniu, lewa reka i cialem trzymac sie slupa by nie upasc i wytezyc wzrok, bo gdy uda im sie zobaczyc brame, ich dusza po smierci napewno pojdzie do nieba. nam sie udalo :) ale troche to niesprawiedliwe, bo w koncu co z maluczkimi? oni pewnie tez maja inne magiczne sposoby na zbawienie duszy, bo hinduizm jawi sie co raz bardziej w moich myslach jako magiczna religia, pelna zabobonow, a indie jak ogromna wioska wierzy i przygotowuje sie z namaszczeniem do kazdego glosnego swieta, pelnego tancow, statul bozkow, kolorow, zapachow i zakupow swietych akcesoriow.

jesli chodzi o trichy to tyle, teraz przeskakujemy pociagiem do madurai, gdzie jestesmy obecnie. w pociagu spotykamy milego hindusa z ktorym sie kolegujemy. naprawde moge powiedziec ze poludnie indii nie tylko nam wydaje nam sie milsze, ale i inni hindusi zauwazaja te roznice otwarci o niej mowiac. pytam why? i dostaje odpowiedz why the sky is so high?, moj rozmowca konczy na nazwaniu tego mentalnoscia, nie dajac odpowiedzi opartej na wskaznikach :). ale fakt faktem, niebo jest wysoko a poludnie indii jest milsze ludziom. wbijamy sie wieczorem pod obstawa naprawde przyjaznego pana hindusa do lodge’u blisko swiatynii ktora zobaczymy jutro (czyli dzisiaj). zegnamy sie, obiecujac kartki z polski.. naprawde takim ludziom chetnie bardziej bym sie odwdzieczyla, to wspaniale spotkac kogos uczciwego i uczynnego tutaj.

noc jakos przetrwalismy (najazd moskitow zostal zatamowany palaca sie spirala jakiegos toksycznego swinstwa – jak dla nich toxyczne to i dla nas..), a rano wyruszylismy w kierunku temple. musze powiedziec ze zrobila na nas ogromne wrazenie, chyba najswietszego miejsca w jakim bylo nam sie znalezc. Sree Meenakshi Temple jest pelna kwiatow, przestrzeni (ze sie zgubilismy), rzezb, pielgrzymow i swiatla, mistycznie splywajacego z przeswitow w sklepieniu. to jedyna swiatynia w ktorej spotkalismy tylu medytujacych ludzi, zarowno joginow jak i tych ‚z ulicy’ w koszulach w kratke. w tym miejscu czuje sie swietosc, nawet jesli nie ejstem wyznania hinduistycznego, to przeciez Bog jest Jeden i wlasnie te swietosc tam sie czuje. moglam spokojnie sie modlic i uczyc od tej roznorodnosci przedstawiania emanacji Brahmana.

teraz za pare godzin jedziemy dalej, pociagiem prawdopodobnie zapakowanym, do Varkala Beach, by byczyc sie nad Oceanem i zazywac slonych kapieli przez pare dluzszych chwil.

dzieki, drodzy, za odzewy. krzepicie mnie tutaj skutecznie. jeszcze co do tesknoty za polskoscia, to co jakis czas mam omamy smakowe i CZUJE smaki tych wszystkich kulinarnych cudownosci ktore na terenie mojego kraju probowalam. niebo w gebie!! jak przyjade robie impreze gofrowa :)

do napisania z Varkali :)

na wstepie, drodzy, odpowiadam na Wasze prosby o zmiany kolorystyczne. mam nadzieje ze lepiej bedzie Wam sie czytalo :)

miasta poludniowych indii, moge teraz powiedziec, ze wydaja misie w miare czyste, cichsze, bardziej zadbane i z mniejsza iloscia krow niz te polnocnoindyjskie. nie znam powodu, chociaz zdaje sie ze ma na to wplyw ogolna zasobnosc finansowa oraz to, ze wyrazniej zaznaczone byly na tych terenach wplywy kolonialne. poczawszy od stanu orissa (tam gdzie puri), przez tamil nadu (chennai i teraz pondicherry), ludzie sa uczciwsi, o wiele mniej natarczywi, przyjemniejsi przez to w obyciu (bo mozna takiego czlowieka bardziej poznac gdy nie trzeba przebijac sie przez warstwe jego interesownosci).

chennai, mimo ze jest miastem duzym, jest najbardziej uporzadkowanym miastem hinduskim jakie widzialam dotychczas. uporzadkowane = czyste, ludzie jezdza po ulicach spokojniej i bardziej zgodnie z zasadami, co rusz widac hasla o dbalosc o zielen, czystosc i wode, kible sa czystsze. takze polubilam chennai, bo mimo ze duzy (6,4 mln ludzi), to nie jest rozlatany, chaotyczny i brudny jak np. delhi. w chennai Maciek pierwszy raz wykapal sie w Oceanie :) ja wykapie sie pozniej z racji koncowki przeziebienia i biegunki. kontunuujac jeszcze watek zdrowotny – czuje sie juz dobrze, biegunka minela, katar slabnie i slysze juz ok od paru dni. czuje sie mocniejsza po wypijaniu paru litrow swiezego soku z tutejszych tropikalnych owocow dziennie (sa tu stoiska w stylu ‚poprosze sok z tego ananasa’ a soki kosztuja grosze, 0,80-2,00pln za szklanke). to jest po prostu niebo na podniebieniu..

co jeszcze moge powiedziec o chennai.. moze to, ze widzialam tam duza roznorodnosc religii (obok hinduizmu jest chrzascijanstwo i rownie wyrazny muzulmanizm). a propos chrzescijanstwa na ziemiach indyjskich – nasycone jest specyfika hinduska, tak jak np. meksykanskie chrzescijanstwo jest kolorowe i pomieszane w praktyce z lokalnym szamanizmem i wiara w magie, tak w indiach obok naklejek odblaskowych z Ganesha i Shiva, na szybach samochodowych widac pstrokate „Jesus loves you!”. zlozylismy wizyte w sklepie z dewocjonaliami przy kosciele sw. tomasza w chennai i zakupilismy pare miejscowych specyfikow chrzascijanskich: cd z piesniami, naklejki, inne gadzety :) tu chrzescijanstwo wydaje misie radosne i bardziej wcielone w czyn niz u nas w europie. jest duzo szpitali pod wezwaniem roznych swietych, na scianach wisza cytaty z Pisma Swietego, grafiki.. intensywnie prezentuje sie ta wiara, troche jakby intensywnasc wyznania hinduistycznego wplynela na chrzescijanskie. inna sprawa ze czytalam ze hindusi niektorzy zmieniaja wiare na chrzescijanska z powodu tylko jednego zycia po smierci – w przeciwienstwie do idei reinkarnacji i samsary, ciaglego kola wcielen, charakterystycznego dla hinduizmu (ale nie tylko, bo w buddyzmie i innych mniejszych religiach tez jest obecny ten motyw).

i jeszcze napomkne o pewnym wieczornym wydarzeniu. wybralismy sie do akademii muzycznej by zakosztowac lokalnego artyzmu. trafilismy na spacjalny dzien – rozdanie medali i blogoslawienstwa jakims waznym doktorom, z tego co zrozumialam kompozytorom, nauczycielom i wykonawcom muzyki i tanca tamilskiego. po 1,5 godziny przemowien tych waznych osobistosci po tamilsku :))) zaczal sie taniec.. cos niezwyklego! jestem oczarowana, jak to powiedzial jeden z doktorow (fragment po angielsku), ten taniec to nie tylko sztuka i zabawa, to takze przezycie duchowe. sa to tanczone mity i historie hinduskie i czuje sie ze jest to robione z namaszczeniem i w pelnym skupieniu, prawie ze modlitwie! kobieta odziana w kolorowe suknio-spodnie, przystrojona zlotem i z zaznaczonymi czernia oczami porusza sie po scenie tanczac przerozne pozy, ruchy, pracujac mimika twarzy i ukladajac dlonie w mudry. taniec ten jak dla mnie jest kombinacja muzyki, rytmiki, tanca, teatru i pantomimy. z pelna intensywnoscia, tak charakterystyczna dla kolorowej i roznobarwnej religii hinduskiej, moglam ogladac i przezywac ten taniec, ktory jeden z nich trwal okolo godziny. tancow w sumie bylo pare i musze powiedziec ze trudno mi bylo oderwac wzrok. siedzialam jak zaczarowana. :) podziwiam tancerke jak i muzykow i spiewaczki, ktorych tworczosc zgrywala sie w dynamicznych i ostrych czasem rytmach, jednoczesnie poszarpanych i skladnych. napewno to byla jedna z najlepszych rzeczy jakie spotkalam w indiach. :)

rano, z channai do pondicherry przejechalismy luxusowym autokarem po rownej plaskiej asfaltowej drodze bez ani jednej dziury (tutaj nie ma zim smieznych i ponizej 0 wiec nie ma co rozsadzac mikropekniec w materiale drogi). droga wiodla czasami tuz przy linii brzegowej oceanu.. piekne wspaniale przestrzenie. szerokie blekitne niebo nad nami i ogromny powazny ocean przed nami. naprawde duch oceanu jest inny od morskiego. morski duch jest jak miniatura tego z ktorym jest mi dane spotkac sie tutaj.

widac golym okiem to jak przyblizamy sie do rownika jadac wciaz na poludnie. w samo poludnie cien jest juz prawie pionowy, zenit to zenit. robimy zdjecia tego zjawiska – w polsce nie uraczysz braku swojego cienia w poludnie :) a tutaj mozesz zrobic to codziennie :) zabawne swoja droga nie miec cienia w dzien. mala ciemna plama tuz pod stopami..

pondicherry to wyraznie kolonialne miasto – przynajmniej ta czesc po ktorej na razie sie poruszamy, czyli blizsza oceanowi. francuskie wplywy widac w architekturze, pozostaly francuskie nazwy ulic, ich prostopadlosc i porzadek widoczny na mapie. zyjacy tu owczesnie francuzi stworzyli sobie prawdziwa enklawe, swoj swiat, gdzie mogli zc za grosze, otoczeni wspanialosciami, z uslugujacymi hindusami. europejskosc tego miejsca czuje tez w specyfice kontaktow z tutejszymi ludzmi, bo mimo ze to nadal ciemnoskorzy hindusi, jest jakies zabarwienie europejskie w tym jak sie zachowuja. nie wiem moze to ta architektura i duch kolonializmu wplynal tak na tych ludzi? biale budynki, drewniane meble w salonach, wysokie sufity, rzezby hinduistyczne traktowane jak egzotyczna sztuka a nie religia.. indie staja sie w tym miejscu barwna przyprawa do europejskiego stylu zycia. jak bardzo odseparowane od tego co bylo nam dane zobaczyc wczesniej jest to miasto. tutaj zdalismy sobie sprawe, ze nasza trasa na nastepne tygodnie biegnie prawie w calosci przez tereny kolonialne.. przeciez takie cochin, goa, varkala beach to tereny pokolonialne. jedynie madurai do ktorego wybieramy sie po pondicherry jest typowo hinduskim, wrecz hinduistycznym miastem. kompania wschodnioindyjska nadal zyje w jakis sposob na tych ziemiach. a zabawne jest to, ze ceny ubran i innych takich sa w tym miejscu wyzsze, co prawda nadal tansze niz w polsce by byly, ale jednak drozsze niz w innych miejscach indii. jak europa to europa, nie tylko na poziomie architektury ale tez cennika :) za to maja tu pyszna pizze bez indyjskich przypraw :) ja nadal mam obrzydzenie do tutejszego jedzenia.

teraz wybieramy sie na poludniowy kraniec pondicherry w poszukiwaniu wypozyczalni rowerow. mamy nadzieje sie posnuc po tym miescie na 2 kolkach i poznac je lepiej bo i dokladniej.

pozdrawiam Was serdecznie :)


  • RSS