ziemny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2006

z zalewanej stopniowo z nieba monsunem miesciny Bodhgaya przemieszczamy sie autoriksza poznym wieczorem na dworzec w Gayi. co dziwne, a nawet co dziwne bardzo, dworzec ten okazal nam sie zupelnie ale to naprawde zupelnie innym dworcem, mam na mysli otoczke sytuacyjna. o wiele mniej widac bylo chorych psychicznie, ulotnil sie klimat psychodeli, nie czulismy sie zagrozeni. tylko dzwiek z dworcowego megafonu pozostal ten sam, przejmujacy :) (Maciek je nagrywa na komorke, niektore sa mocno odjechane). z Gayi nocnym sleeperem pojechalismy do Puri, czyli na poludniowy wschod nad sam ocean.. nazwany w tym miejscu zatoka bengalska.

do Puri zajechalismy na popoludnie. uraczylam sie na wstepie malym king-fishem smazonym z czosnkiem i salatka warzywna. ocean – tak jak z reszta i ganges w varanasi – zobaczylam przypadkiem. o! cos sine o to ocean :) cieply jest, fale o wiele wieksze niz baltyckie balwanki. patrzac na ocean widze ze, nazwe to tak, ma innego ducha niz morze. morze ma ducha subtelniejszego, ocean ma dusze nieposkromiona. prad czuje sie juz w chwili stycznosci z woda, ocean za pomoca prostego dotyku fali o stope potrafi przekazac sile swojego ducha. podziwiam rybakow ktorzy co ranek wyplywaja na ocean. musza sie liczyc z czyms niesamowicie ogromnym i bardzo zdecydowanym.

w Puri odbylo sie apogeum 2 moich chorob ktore zaczely sie juz w Bodhgayi, przeziebienia i biegunki, z tego powodu jeden dzien sie snulam, drugi przespalam a trzeci sie snulam. Maciek byl w oddalonym o 31km Konarku zobaczyc Swiatynie Slonca i zrobic dla mnie zdjecie latarni morskiej :)) ponoc b ladna ta swiatynia. co do chorob – lokalni lekarze sa tutaj calkiem rozgarnieci, wiec przeziebienie juz prawie sie skonczylo (juz slysze normalnie ;), a biegunka zamienila sie w srake, tzn. ze od niedawna to ja decyduje kiedy zrobic kupe a nie kupa decyduje kiedy ma sie zrobic za moja pomoca lub bez. rozkoszna roznica uwierzcie :) temat-rzeka bedzie sie zapewne powtarzal jeszcze nie raz, wrazliwych uprzedzam, jednoczesnie chcac uswiadomic ze indie i sraka to synonimy.

Puri jest miejscem kultu 3 kolorowych bozkow hinduistycznych, wygladajacych troche jak lalki z ogromnymi okraglymi oczami. tu mozna o nich poczytac i je zobaczyc. jak dla mnie sa super! :) radosne, kolorowe rodzenstwo (2 braci i 1 mniejsza siostra) ujmuja swoja specyficzna dobrodusznoscia. Puri jest dla nas miastem specyficznym – zlozone tak na prawde z paru sub-miast, jednego dla turystow i wczasowiczow z Kalkuty, drugiego dla pielgrzymow a trzeciego dla mieszkancow. to pierwsze miasto ‚poludniowoindyjskie’ przez nas odwiedzone i teraz oboje zaczynamy dostrzegac powazniej roznice miedzy poszczegolnymi stanami indii. orissa (w ktorej lezy Puri) jest np. zielona, palmiasta, pelna wiosek, lokalnego artyzmu, rzezbiarstwa, pewnej wlasnie beztroskosci, zawartej troche w wygladzie 3 bozkow. wybralismy sie na ‚miasto’ myslac ze jest dosc male (to wynikalo z mapy zawartej w przewodniku lonley planet) a okazalo sie ze przewodnik nie uwzglednil w ogole okolo 1/3 miasta, w dodatku tej czesci bardziej wypelnionej hotelami, przygotowana lepiej plaza i miastem. zatem najpierw myslalam o Puri jako o przytulnej rybackiej wiosce (mieszkalismy w pokoju z ktorego okna widac bylo wlasne taka wioske i za nia ocean), a potem po wyprawie pod Swiatynie Jagannath, widze ze jest to dobrze przygotowane pod wzgledem turystycznym i calkiem roznorodne miasto. inna sprawa ze niektore hotele polozone nad morzem sa tak niezadbane ze zastanawialismy sie czy bylo tutaj tsunami, a okazalo sie ze tsunami nie bylo w Puri za to owe hotele otwieraja sie na 3 miesiace zimowego sezonu kiedy hindusi rodzinami przyjezdzaja sie relaxowac z zapracowanej Kalkuty, a takze na 15 dni swieta z ktorego Puri slynie, swieta Car Festival. jestem ciekawa czy cokolwiek robia z tymi hotelami przed ich udostepnieniem turystom, w co w sumie powatpiewam, poniewaz podobno w czasie sezonu i swieta jest tu tak na maxa tloczno, ze ludzie wezma kazda kwatere byle by moc tutaj byc. zabawne :) mieszkac w syfie i grzybie – ale mieszkac! :)

drugiego dnia w Puri zaczelo padac a trzeciego dnia nie przestalo. teraz jestesmy juz w Mardas’ie/Chennai’u na poludniu po calonocnej i calodziennej podrozy sleeperem. zauwazam totalna roznice w klimacie (tutaj jest naprawde goraco i duszno oraz sucho). takze po drodze widzielismy z okna pociagu co raz wiecej krzyzy i cmentarzy chrzescijanskich. podobno poludie jest bardziej hinduistyczne i mniej roznorodne religijnie lecz na razie w Chennai widze o wiele wiecej oznak muzulmanizmu i chrzescijanstwa niz na polnocy, chociaz zdaje sobie sprawe ze sa to moje pierwsze chwile tu i duzo nie zobaczylam oraz ze to jest duze miasto a nie reprezentacyjna wioska.

o Chennai na razie tyle, ze kiedys nazywal sie Madras, ze gdy zblizalismy sie pociagiem do tego miejsca to co raz silniej i brzydziej smierdzialo i tyle, ze calkiem tu mili ludzie i mniej zdzierstwa i chamstwa. mam nadzieje ze nie mowie ‚hop’

alez tu duszno :) wow

do napisania, drodzy..

foty z indii

3 komentarzy

mamy juz opracowane fotografie z indii, czesc pierwsza pobytu, od delhi do bundi. chetnych na fotki prosze o odzew z podaniem swojego maila, albo w komentach albo na maila malamimbla(malpa)gmail.com
na bloga nie mam jak wrzucic bo ni widu ni slychu serwera
pozdrawiam a tymczasem jedziemy na poludnie :)

juz ktorys dzien jestem w Bodhgayi – nie wiem nie licze, chyba 4, ale czas w jednym miejscu plynie inaczej niz w podrozy, a czas w moim umysle plynie co raz bardziej jak rzeka.

pierwszego dnia wybralismy sie pod drzewo bodhi, do swiatyni mahabodhi. usiadlam pod drzewem, pod ktorego liscmi budda uwolnil sie od wszelkiego cierpienia i niepokoju i spostrzegl pustke wszelkich rzeczy (ciekawe, spostrzec pustke :) uwielbiam ten dualizm jezyka). zarowno pod drzewem, jak i w srodku swiatynii pod statula buddy siedzacego, bylo mi jakby latwiej medytowac. to miejsce, tak jak miejsca pielgrzymkowe wszelkich religii, ma w sobie moc, zachodzi przedziwna wymiana miedzy miejscem a czlowiekiem, czlowiek przychodzi tu ze swoja modlitwa, ze soba samym, a miejsce mu oddaje troche wiecej, milosiernie. tutaj w bodhgayi dopelniaja sie we mnie wazne rzeczy, o ktorych pisac nie sposob.

sama miescina jest malenka, 31 tysiecy ludzi. mialam pewne wyobrazenie przed przyjazdem tutaj, ktore bylo takie: tysiace buddystow krazacych po ulicach, miejsce nie-indyjskie, twarzy pelnych dalekowschodnich rysow, spokoj cisza i wreszcie troche samotnosci od ludzi. dupa blada mili panstwo! bodhgaya to indie jak w morde strzelil, kupa niaciagaczy, a przez to ze to 2 ulice na krzyz, to tubylcy kojarza moja blada twarz i ‚hello madamme’ jest poparte jeszcze niejednokrotnie ‚i met you yesterday, you were..’ albo ‚you are from poland! you are staying in..’ aa tak oto moj sen, jak dym, sie rozwial. cisze mozna znalezc ewentualnie pod drzewem bodhi, bo juz gdy sie podchodzi blizej wyjscia z terenu swiatynii, slychac ommm muzyke puszczana na caly regulator by tylko sprzedac. zeby wejsc na teren swiatynny trzeba przejsc uliczka wzdluz jego ogrodzenia. za kazdym razem gdy ja przemierzam przezywam maly koszmar, odmawiajac ludziom ‚pomocy’, bo nie wiem czy to bylaby pomoc, gdybym dala kase specjalnie makabrycznie polamanemu przez rodzicow dzieciakowi, tylko po to by moglo wyzebrac wiecej.. TAKIE dylematy spotykaja w indiach ludzi ktorzy tu przybywaja. w tym miejscu jest tego rownie duzo jak wszedzie indziej, ale przez to ze zostaje w 1 miejscu tyle czasu, zaczynam widziec ich tryb pracy, calodniowe zebranie. mam pewne przemyslenia na ten temat, ale cokolwiek by misie w glowie nie wyprodukowalo, to za kazdym razem stykanie sie z zebrakami roznorakiego typu serce sie sciska, czasami twarz krzywi misie sama z bolu a czasami jest kamiennie nieruchoma, bo inaczej nie dalabym rady.

takich tez ludzi spotkalismy u wejscia na gore na ktorej budda medytowal 6 lat przed oswieceniem. pojechalismy tam autoriksza we 3 (jestesmy teraz w Bodhgayi razem ja Maciek i Kasia), samo miejsce medytacji buddy jest obudowane klasztorem tybetansko-koreanskim, a jest to mala jaskinia na wzniesieniu. w srodku siedzi pomalowany na zloto, chudy, koscisty budda. w czasie medytacji w tej jaskinii, budda doszedl do wniosku ze asceza nie ma wiekszego sensu jesli chce sie dazyc do oswiecenia, nie jest ona droga srodka a taka wlasnie droga do oswiecenia moze zaprowadzic. dlatego siedzi on taki wychudzony, bo potem przestal juz byc chudy i zaczal jesc normalnie, tyle ile cialo potrzebuje. w miejscu na gorze zastanawialismy sie grupowo nad tematem-rzeka tego wyjazdu, mianowicie, gdzie budda robil kupe? kupa jest niezmiennym nr’em 1, chociaz ostatnio przyznam ze co raz wiecej rozmow zasila temat naciagania i hinduskiej mentalnosci. chociaz z ta kupa sprawa nie jest taka jasna, poniewaz jesli budda glodowal w ascezie, to i nie mial co wyprozniac..

w samej bodhgayi znajduje sie rowniez duzo klasztorow, chyba wszystkich mozliwych wyznan buddyjskich, oprocz europejskich. swiatynie, nacechowane specyfika danej narodowosci, wprawiaja czesto w zdumienie i zachwyt (mnie tajska i tybetanskie). mamy tu z Mackiem okazje poznac roznorodnosc Buddyzmu. np, dzis bylam na obrzadku tybetanskim, musze powiedziec ze mnie zafascynowal. co wiecej, zostajemy w monasterze tybetanskim, co oznacza ze mamy cisze i spokoj.. ale na czas medytacji buddyzmu tybetanskiego robi sie tu totalny chaos, kazdy mnich cos krzyczy, mantruje, czasami zatrabia ich gleboko brzmiace traby.. ta specyfika przejawia sie tez w kolorystyce, tybetanskie wyznanie jest na maxa kolorowe i wzorzyste. dla mnie cudo. mam nadzieje ze w polsce bede miala okazje poznac to lepiej, tym bardziej ze jest to zaskakujaco odmienna praktyka od zen. wow :)

a propos zen, dostalam potwierdzenie przyjecia mnie na vipassane :)

na razie tyle drogie robaczki :))

niech Wam kwitnie kwiat lotosu w dloniach

z niebieskiego malomiasteczkowego bundi przejechalismy do sanchi, miesciny jeszcze maciuplejszej. powod dla ktorego tu zawitalismy to buddyjskie stare stupy (takie polokragle ulozone kamienne usypiska-zlepiska wokolk ktorych buddysta chodzi zgodnie z ruchem wskazowek zegara i sie modli). klimat miejsca bardzo spokojny, niestety wybralismy nocleg w hotelu a moglismy (ojej! ojej!) nocowac w sali z mnichami ze sri lanki. weszlam do ich osrodka pielgrzymkowego i spelnilo sie pragnienie poczucia czegos mniej indyjskiego (ale wiadomo jak to bywa z pragnieniami, jak pies goniacy za wlsnym ogonem, raz zlapie zebami znowu potem pusci i znowu ma ogon przed soba), zatem gdy weszlam tam zrobilo sie lepiej ale wychodzac zrobilo sie smutniej ze ominela nas taka okazja noclegu i bratania sie z buddystami (to nastapi pozniej czyli teraz w Bodhgayi). w nocy przezylismy najazd robaczkow-smierdziuszkow, male czarne lgnace do swiatla owady przetuptywaly przez szczeline pod drzwiami i zalealy nam swoim zapachem pokoj – trzeba bylo zmienic pokoj i zatkac szelkie dziury w tym drugim, jeszcze nie najechanym. niesamowite ile sie tego mnozy w porze monsunowej, zycie kwitnie w wilgoci i cieple :))

same stupy w sanchi okazaly sie nieuzywane, zrobiono z tego miejsca cos na ksztalt zakonserwowanego muzeum, nie czulam tam szczegolnie nic wiekszego, jedyne co to wyobrazilam sobie ilu mnichow kiedys tu bylo i cieszylam sie wspanialym, naprawde niesamowitym widokiem ze wzgorza. Asoka wiedzial gdzie wybudowac to miejsce, napewno rowniez zakochal sie w tej falistej przestrzeni pomiedzy wzgorzami, zielen i blekit

w sanchi przesilala misie fala leku przed indiami i tak cala sfrustrowana nie mialam na tyle otwartych oczu ani umyslu by na 100% byc w tych miejscach ktore opisywalam, lecz to wazne co sie zadzialo i dobrze ze sie to przeszlo

z sanchi pociagiem (2 klasa, calkiem wygodnie jak na najnizsza klase pociagow, w polsce pkp daje niewygodne podglowki a tutaj proste schludne drewniane lawki) pojechalismy do Jhansi, by tam nie zdazyc zobaczyc pobliskiej Orcchy :( ale coz nie wszystko da sie zrobic. Jhansi jest tylko chwila w tej podrozy, a jednak zrobilo wrazenie na mnie z powodu swojej odmiennosci od ‚typowego’ widoku jaki przewijal sie wczesniej. otoz jhansi jest calkiem nowoczesnym malym miastem, niesamowicie czystym, z wyjatkowym porzadkiem w ruchu drogowym (pierwszy raz, oprocz new delhi, widzialam zeby dzialaly tu swiatla i ktos sie tego sluchal!) – oczywiscie jesli pisze o czystosci albo porzadku to nie jest to to samo okreslenie ktorego uzylabym w polsce :). w jhansi zakupilam nowy recznik (poprzedni poraly mi malpy w sanchi) i pojechalismy dalej do varanasi. od tego momentu mialam juz apetyt i nie wzbranialam sie tak przez wchlanianiem indii. w jhansi wlasnie napisalam notke o JA w indiach – wiecie jak to jest gdy sie cos napisze, cos sie dopelni i potem jest juz spokoj. cos musi dojsc do konca i zostaje spokoj, tak sie tez stalo.

w varnasi bylam krotko, za krotko by moc Wam pelniej opisac jak widze to miasto. chce przyjechactu jeszcze raz, bo zaciekawilo mnie i polubilam ten gwar i swoista przytulnosc starych uliczek. jest to jedno z najstarszych miast indyjskich, co prawda po drodze wyburzone 200 lat temu i odbudowywane, ale unoszacy sie duch starosci snuje sie po waskich, nakrapianych krowim i kozim lajnem, drozkach :) z dworca lepkiego az od rikszrzy i naganiaczy wskoczylismy na riksze rowerowa, stary wychudly hindus zawiozl nas na stare miasto, ku Gandze. szukamy szukamy gdzie tu skrecic, gdzie tu nocleg jakis (Maciek byl tu juz raz, w zeszlym roku), a tu O! mulasty kolor jakis.. o i Ganges widze! :) to bylo moje pierwsze spotkanie z ta swieta rzeka. przez to, ze wielu ludzi wierzy w swietoc tej przerazliwie znieczyszczonej rzeki, staje sie ona czysta i nawet oczyszczajaca w moim umysle. znalezlismy pokoj z widokiem na ganges, dzielilo nas od rzeki tylko male domostwo, wysypisko ciekawie rzezbionych gruzow i pare koz. widzialam palenie zwlok – to co chcialam tak zobaczyc. sa takie rzeczy, takie miejsca, gdy sie patrzy i jest tam wlasnie, to jest cos takiego jak na morzu gdy sie po prostu patrzy, po prostu siedzi, po prostu jest. patrzenie na palace sie, przykryte drewami zwloki, jest jednym z tego rodzaju doswiadczen. to samo czuje gdy patrze na plynaca wode, albo jak dzis, gdy siedzialam pod drzewem Bodhi, miejscem oswiecenia Buddy. nie ma nudy – jest przeplyw, przeplyw wody, przeplyw oddechu, przeplyw powietrza wsrod lisci, przeplyw zycia, terazniejszosc ulatujaca z dymem nigdy sie nie konczy ani nie zaczyna. dym ulatuje caly czas tzn teraz. zwinelismy sie z miejsca obserwacyjnego kremacji gdy podeszla do nas hinduska i zaczela mnie szturchac o bakszisz (kasa kasa moi drodzy). i w takich miejscach ludzie indii przychodza i probuja wyludzac, naciagac i nagabywac. coz – przeplyw slow :)

varanasi, oprocz swietej Gangi i kremacji (ze stosu nad rzeka wprost do nirvany), uraczylo nas pysznymi owocami z targu (mamo, przywioze Ci owoce granatu, soczyste!) oraz blogoslawienstwem Sziwy za posrednictwem kaplana(-wyludzacza) ktory zrobil nam na czole kropki koloru czerwonego i kazal mantrowac. w tenze sposob ja i Maciek poblogoslawilismy nasze rodziny :) Rodzino droga, macie za soba blogoslawienstwo calego hinduistycznego panteonu bostw! ;) zobowiazani do zaplaty tuz po ceremonii, oddalismy im wszystkie nasze drobniaki zamiast grubej kasy ktorej zazadali.

ze starego miasta varanasi przenosimy sie teraz na dworzec kolejowy w varanasi, gdziespedzamy 6,5 godziny (juz nie to nie rusza ale nie chce mowic ile bluzgow poszlo) czekajac do godziny 22:50 (kurwaa) na pociag. Bogu dzieki pan w rezerwacji biletow sprzedal nam bilety na klase sleeper (pomylil sie bo chcielismy 2 klase tzn siedzenia a nie lozka, bo kurna pociag mial byc w czasie dnia a nie w srodku nocy!). przez to niefajne wydarzenie nie zdazylam wlasciwie poczuc tego miasta do konca, tak, jak bym chciala. 2 polowki dnia (niepelne) to zbyt malo. pstrokate targi i koncerty w knajpach wieczorami (sitar i tabla rulez) przyciagaja mnie tu z powrotem, a takze ta wyplywajaca z ust Swietej Krowy rzeka.

informacja: wiecej wrazen (z podrozy a i ostatnio z tego szczegolnego postoju w varanasi) opisuje od poczatku Maciek w soich mailach – jezeli chcecie to dajcie znac w komentarzach albo na maila (malamimbla(at)gmail.com) to dam Mu znac by Wam przesylal.

po nocnej podrozy jestesmy juz w Bodhgayi. iecej na ten temat ktory sie dopiero rozkreca bedzie w kolejnej notce. jedno Wam powiem napewno – podoba misie tu. ciesze sie ze tu jestem, wczesniej nie docenialam i nie spodziewalam sie ze bedzie to dla mnie tak wazne wydarzenie. istna pielgrzymka..

kochani! pewnie zauwazyliscie jak dlugie sa te notki i ze sporo sie tu dzieje. ponawiam zaproszenie na powyjazdowe spotkanie przy zdjeciach, muzyce i zapachu kadzidel. a i wiadomosc z ostatniej chwili, Maciek idzie ze mna na vipassane. poniewaz bedzie juz na vipassanie drugi raz, to dla Niego oznacza, ze przez 10 dni o godzinie 11 bedzie zjadal ostatni posilek dnia, a rano moze raczyc sie sokiem zamiast ryzu. aaa :)) bosz.. bedzie zabawnie :)))

to na razie tyle nadawania. o znowu leje

dziekuje za komentarze i slowa obecnosci. bardzo bardzo mi ich trzeba i zawsze powoduja usmiech na mojej twarzy. :*

zapowiada sie dluga notka. dzis noc szczegolnie upalna, cieknie z nas struzkami i zostawiamy mokre slady. poznaje roznorodnosc smakow wod butelkowanych – poprzez jadace chlorem i troche kwasne, te calkiem spoko, po domineralizowywanych o slodkawym smaku.

w ramach odpowiedzi na komentarze – nie jest moim zamiarem zniechecac kogokolwiek do wyprawy tutaj do indii, mysle ze to co przezywam to zderzenie moich granic z tutejszym systemem i jest to dosc ‚normalne’. juz misie przesililo i jest spokojnie. musialo sie najwyrazniej dopelnic, jak burza przechodzi i powietrze staje sie przejrzyste. o specyfice kontaktow chetnie napisze w innej notce, poniewaz tym razem chce napomknac o tym co sie dzialo i co sie wi-dzialo. :)

udaipur – miasto polozone w dolinie pomiedzy wzgorzami zielonymi soczystoscia, ktora gromadzi sie w postaci jeziora u jego stop. na jeziorze bialy palac (ten z „octopussy” z bondem, jamesem bondem). starowka na ktorej mieszkalismy byla dosc cichym miejscem i przerazliwie czystym jak na indyjskie warunki. uliczki strome i krete, a rikszarze narzekajacy na cene paliwa a potem wiozacy pol drogi bez wlaczonego silmnika bo z gorki – standard jesli chodzi o naciaganie :). dalismy rowniez naciagnac sie we 3 z Meena na zawiezienie do odleglego kina, gdzie przezylam strach w spotkaniu z tlumami hindusow-mezczyzn gapiacych sie na moja biala skore i blond wlosy. po polowie filmu wyszlismy znudzeni, dziwne bo film byl bardzo agresywny chwilami, wrecz brutalny, a zachowanie kobiet przesycona seksualnoscia – takich rzeczy nigdzie nie widac na ulicach, ani ciut ciut. o tym zdrzeniu x-tej muzy i rzeczywistosci bedzie poszniej w notce o zaobserwowanych obyczajach.
zatem udaipur – wybralismy sie na przechadzke po miejscowym palace museum, ktore szczerze mowiac nie robi na mnie wiekszego wrazenia, pelen wg mnie niezgrabnych grafik, podzielony stylistycznie, z przejsciami miedzy komnatami ktore przypominaja szpital (bialo, kafelki, a zapach jak z kibla, chwilami zazygane kubly). mi do gustu nie przypadl, choc ponoc stary i zachwalany. po obiedzie w postaci ryzu wyplynelismy na jezioro, okrazajac bialy palacyk, poznajac miasto od strony plaskiej wody, z perspektywy i odleglosci. ladny orzezwiajacy widok, jasne refleksy na wodzie, wzgorza, odcienie zieleni..

tu chwila refleksji nad byciem turysta. doszlismy do wniosku z Mackiem, ze indie mozna zobaczyc i doswiadczyc na bardzo rozne sposoby. my nocujemy po tanich znosnych dosc higienicznych standardach, jezdzimy z ludzmi z dolnych i srednich warst spolecznych pociagami, poruszamy sie nie tylko po palacach, fortach i sklepach, ale tez po bazarach, waskich uliczkach pelnych kup i smrodu i jezdzimy rikszami a nie taxi. wszystko zalezy tu od przeznaczenia danej ilosci pieniedzy. tanie indie sa inne niz indie drogie, obserwujemy turystow ktorzy nocuja drogo, jezdza drogo.. ostatnia nasza podroz odbyla sie w klasie 3A czyli exkluzywnej wersji sleeper’a, z zaciemnionymi szybami, klimatyzacja (zimno bylo), czystoscia taka ze przez co najmniej pol godziny siedzialam rozbawiona nie mogac uwierzyc ze w indiach moze byc tak czysto. w 3A podrozowali europejscy businessman’i i bogaci hindusi oraz my, dla ktorych nie starczylo biletow w gorszej klasie. indie zza zaciemnionych szyb, wyciszajacych halasy, nawolywania sprzedawcow, stukot i glosny szum jadacego pociagu, to indie prawie nie indyjskie – az nie moglam uwierzyc. indie bez gwaru i koloru? sterylne niebieskie lozka w 3A to az niepodobne.. zatem drogi turysto, jesli chcesz zobaczyc indie, zdecyduj sie najpierw ktore indie chcesz zobaczyc. bo naprawde mozna byc tutaj i jednoczesnie nie miec wiekszej okazji tego miejsca w pelni doswiadczyc, co wiaze sie zarowno z wieloma wzruszeniami i zachwytami jak i strachem oraz wkurwieniem, jak to ostatnio misie zadzialo. bogactwo doswiadczen :)) dla tych ktorzy wola ubogie indie.

dalej o udaipurze tylko tyle, ze bylo to przedostatnie miasto rajastanu, a dopiero tutaj odkrylismy ze w tym stanie indii wytwarzane sa artystyczne grafiki, chatrakterystyczne dla tutejszej kultury w ktorej wyraznie obecne sa wplywy mogolskie, perskie. wyjechalismy z udaipuru z Meena autokarem nocnym klasy sleeper, co oznacza trzesace sie ciasne lozko na ktorym podskakuje sie prawie tak jak na rejscie w czasie sztormu :) dokladajac do tego biegunke i ogolne wycienczenie – hehe :) coz. zyje. dojechalismy tuz przed switem do miasteczka bundi. na dworcu autobusowym przechwycaly turystow dwie mlode kobiety, opowiadajac o domowym guesthouse’ie, na co dalismy sie skusic. po odespanej nocy, wycienczona, wlasciwie nie mialam co marzyc o wspinaniu sie na gore by zobaczyc fort (to nastapi dopiero dnia nastepnego i zaowocuje zaskoczeniem oraz fascynacja :). dom okazal sie domem kobiet – mamy i 2 corek. specyfika relacji polegala na tym, ze powtarzano mi co jakis czas ze mama to moja mama a jej corki to moje siostry – nie powiem wole moja mame i moja siostre ale na ten czas bylo to mile i sprawialo ze poczulam sie zaopiekowana z moja biegunka. ‚mama’ zapodala lokalne domowe lekarstwo i meka sie skonczyla. Bogu dzieki, chociaz oslabienie nadal bylo konkretne.

bundi to miasteczko male i bardzo niebieskie – o wiele bardziej niz wychwalany z niebieskosci jodhpur. chodzac po waskich uliczkach napotykalo sie wiecej radosnych i bezinteresownie usmiechajacych sie dzieci, a ludzie naprawde byli uczciwi. bundi nie jest po prostu jeszcze skazone turyzmem. dobrze jest moc zobaczyc i takie miejsca, odetchnac.. mam wrazenie ze im dalej porszamy sie w naszej podrozy, tym wiecej spotykamy psow na ulicach. i koz :) idac w gore bundi, po brukowanej i stosunkowo niezasmieconej ulicy, mijamy po prawej koguta i docieramy do bram wejsciowych palacu-fortu. z zewnatrz zniecheca zaniedbaniem i grzybem (ktorego dalej bylo tylko wiecej i wiecej i jeszcze wiecej..), lecz, ciekawscy, nie dalismy sie zwiesc! :) po przekroczeniu zagrzybialej bramy szczeki opadaly nam co raz nizej. palac jest niesamowity a klimat niepowtarzalny, co oznacza ze trudno jest to opisac. totalnie niezadbany i zapuszczony – wyglada jak ogromne dzielo sztuki cieniowane wilgocia i porostami. gdyby go odrestaurowac, bylby to kolejny jodhpur, robi wrazenie klimatem, mieszanina bunkrow, palacow hinduskich, zdobien perskich i malowidel hinduistycznych ktore odpadaja od scian i zachodza warstwa ciemnej zieleni i brazu grzyba. zapuscilismy sie wglab, chcac wspiac sie wyzej do murow samego fortu. nie dotarlismy do turystycznej czesci.. raczej do tej zamieszkalej przez malpy i nietoperze. ogromne drzewo z korzeniami powietrznymi rosnace na ruinach, znikajace freski na scianach (ktorych kopie znalezlismy w sklepie z grafikami na dole w miasteczku, lokalny artysta odtwarza to co niszczeje w zapomnianym palacu), zejscia do nizszych partii palacu z ktorych nie skorzystalismy :) (Bog wie co tam mieszka a z zapachu nie wroze nic dobrego), sliskie schody i krzaki zapelniajace przestrzenie malych kruzgankow. istny cud natury napoczety przez czlowieka i przyprawiony tajemnica przez nature. polubilismy to miejsce, zafascynowal nas klimat, a zapach prawie udusil :)

male mile niecieskie bundi z wielkim zagrzybialym fortem pozostawiamy za soba, biorac pociag do sanchi. nastepny odcinek za jakis czas.

dziekuje Wam za komentarze. w bundi odspiewalam z Mackiem hymn Polski :) wiecie jakie to wspaniale spiewac hymn „jeszcze Polska nie zginela poki my zyjemy”? :))) wow.

dobrej nocy, drodzy i kochani

JA w indiach

4 komentarzy

dziwne, im dalej mi do bliskich i znajomych, tym mi do Was blizej. jestem tu na obczyznie 17 dzien. pare dni temu rozpoczelo sie u mnie cos na ksztalt tesknoty, zlosci na indie i leku (e z ogonkiem). zaczelo sie ogromnym wkurwieniem na ciagle naciaganie, oszukiwanie, proby lamania granic i szacunku, traktowanie mnie jak obiektu-turyste a nie jak czlowieka. tak to odczuwalam, jak agresje skierowana przeciw mnie albo polowanie na bialego czlowieka. to dosc ciezkie, a ze wokol nikt nie rozumie co mowie, to klne czasami gorzej niz szewc. smutno mi. probowalam rozmyslac nad tym co sie dzieje, teoria/obserwacja mojego taty i moja o tym ze im ludzi gesciej tym wieksza frustracja, tutaj stosuje sie tylko do mnie, bo pochodze z kultury indywidualistycznej a hindusi z kolektywistycznej i, mimo ze jest to najbardziej prawie i najgesciej zaludnione miejsce na ziemi, oni sa o wiele spokojniejsi niz indywidualistyczni europejczycy czyli ja. nie dziw rowniez ze tak to wszystko odbieram, poniewaz to ja jestem polish woman in india a dla nich takie zachowania i sposoby myslenia sa calkowicie naturalne. zlosc powoli mi mija chociaz boli to ze denerwuja mnie dzieci podchodzace do nas nieustannie i wyciagajace reke hello schoolpen, hello ten rupees. boli bo byc zla na dzieci to dla mnie cos bardzo smutnego, troche jakbym sama siebie zawiodla ze przestaje w dzieciach widziec dzieci gdy zachowuja sie jak lowcy. ten swiat, w zderzeniu z moja polska srednioklasowa dotychczasowa rzeczywistoscia, zabolal. wraz z poczatkiem tesknoty przyszlo obrzydzenie i przesyt, ostra biegunka, wycienczenie. wczoraj dopiero zjadlam 2 gotowane jajka i 5 ziemniakow – byly pyszne. indyjskie przyprawy przyprawiaja mnie o mdlosci. a cale indie pachna przyprawami.

dosyc tragicznie to przezywam ale przezywam czyli zyje dalej. podejmuje probe oswojenia sie na nowo z tym swiatem, a teraz czuje rozbawienie ze przydarza misie to po 2 tygodniach a nie od razu. stalam sie ostatnio jakas bardziej zamknieta i delikatna, a napewno nieufna, bo nie raz mnie tu probowano lub skutecznie oszukano.

granice w umysle pod naciskiem naprezaja sie bolesnie, beda musialy peknac. juz przypieczetowany pomysl przelozenia medytacji vipassana na koniec wyjazdu jest jak widmo zaglady dotyczchasowego sposobu myslenia, odczuwania, bycia. czuje ze potrzebuje transformacji i napewno ona sie wydarza. ciagle pisze – ja, mnie, mi – to smieszy. jestem pepkiem swiata i dlatego tak mnie to wszystko boli, no bo to mnie boli niby kogo innego? ja ja ja

zabawne :)

ciag dalszy Rajastanu, czyli raj-a-stanu, stanu indii ktory dzis ukazal sie od rajskiej strony. wyjechalismy z jodhpuru z rana, autobusem do ranakpuru w celu poprzebywania paru godzin wsrod murow dzinijskiej swiatynii. w autobusie zagadala do nas Mina, mexykanka mieszkajaca obecnie w paryzu a najbardziej obecnie podrozujaca razem z nami. caly dzien rozmow i wreszcie w english a nie w hinglisz, rozgadalam sie tak ze zaczynam myslec po angielsku a Maciek zdaje sie byc tym chwilami wykonczony, tym tzn moim permanentnym wplataniem slow i gramatyki angielskiej do jezyka polskiego. dziwne ze obserwuje poprawe i wzrastajace bogactwo slownictwa ojczymego! :) juhu

w ranakpurze przebywalismy wsrod swiatynnych murow przez okolo 4 godziny. zespol swiatyn – jedna najwieksza ze wszystkich istniejacych tego wyznania a inne pomniejsze drobniutkie i poswiecone konkretnym ‚idolom’ – polozony jest w rajskiej krainie miekko otulanej chmurami deszczowymi i zraszanej cieplym monsunem. oczy odbijaja nie tylko soczysta tropikalna prawie zielen ale tez kolory kwiatow tak intensywne jak barwy sari indyjskich kobiet. to jest wlasnie rajastan, z jednej strony zaskakujacy pustynia i cisza a z drugiej zupelna odwrotnoscia pierwszej wizji samego siebie, prawie tropikalnymi wzgorzami, gorami oblymi i strarymi, z roslinnoscia jakiej w polskim klimacie nie uraczysz i ptakami kolorowymi roznorodnie na kazdej czesci ich malego ciala.
sama swiatynia jest dla mnie miejscem magicznym. nic nie odzwierciedli jej klimatu, zadne zdjecia ani nic. ani slowa, z reszta do tego juz przywyklam. slowa sa ciekawe i dzialaja na wyobraznie lecz nie odkrywaja nic nowego tak naprawde. nimi mozna sie bawic.
ale ale, swiatynia dzinijska :) jasne mury, wlasciwie kamienie wyrzezbione w niesamowicie piekne ciala kobiet w przeroznych pozach oraz ornamenty wsrod ktorych moglam wplatac palce. symbolika i mistycyzm wyryty w kamieniu, obecny w budowie swiatynii. zbudowana jest ona tak, by nie bylo trzeba zalaczac zadnego sztucznego swiatla, zatem konstrukcja jest zbudowana z warstw oddalonych od siebie, opartych na kolumnach oplecionych ksztaltami rzezbien. jesli bede budowala kiedykolwiek dom, chce zrobic cos podobnego. to niesamowite gdy z miejsca przerwy miedzy kolumnami splywa jasne zroszone monsunem swiatlo jak strumienie czegos pieknego bez zadnego rozumienia, czyste doswiadczenie swiatla. ponadto, spodobal misie motyw matki dzinijskiego boga (tego glownego, zapomnialam imienia) siedzacej na sloniu, ktora wlasnie doznaje odwiecenia. doznac oswiecenia na sloniu, niezle!

z ranakpuru pojechalismy dalej i wlasnie jestesmy w udaipurze. dalej wahamy sie nad miejscowosciami po-drodze, a konkretnie zmierzamy w kierunku Varanasi i Bodhgayi. medytacjew przekladam na koniec indyjskiego pobytu, bede w glownej swiatynii pod Bombajem w Igatpuri. ponoc 600 osob ogarniaja na 1 takim kursie znaczy jest to dosc duze.. dziwna perspektywa, samotna medytacja z 599 osobami.

dobrej nocy Polsko droga. mysle o Was. pusczajcie mi sygnaly, wtedy robi misie cieplej na sercu. dziekuje za wszystko

ciag dalszy drugiego dnia byl juz na wiekszym luzie. z poprawionym humorem i po przezyciu zasranego katharsis poczlapalismy na wielbladach w dalsza podroz przez kamienista pustynie. Thar nie jest piaszczysta. pelna koloru spalonej czerwieni, kawy z mlekiem i czasem czerni, poplamiona od czasu do czasu zielenia chowajaco gleboko wilgoc krzakow i drzew. dnia pierwszego rozmawialam z jednym z poganiaczy pytajac skad jest, pokazal mi reka teren wokol siebie. tacy sa ci ludzie i widac to w ich oczach. czasami gdy szlismy juz dlugo w ciszy, ktorys z nich nucil pustynna piesn. duglada duglada dugla dugla dugladaa

pod wieczor drugiego dnia wiatr zapedzil chmury znowu nad nasze przypieczone sloncem glowy i spadl deszcz. norme wyrobilismy juz za caly sezon. zatrzymalismy sie na skraju pustynnych pofaldowanych piaskowych wydm i wolnej plaskiej przestrzeni, bezkresnej. Badja, spytany o to gdzie spedzimy noc (a zaczynalo padac), powiedzial Here :) . zatem przeczekalismy deszcz, a gdy minal ludzie pustynii zrobili nam kolacje, ktora wciagnelismy z zapalem i smakiem. nic nie smakuje tak jak jedzenie na pustynii po deszczu.

noc przespalismy na kocach zdjetych z wielbladow. balismy sie widma skorpiona sunacego po mokrym piasku pustynii ale nie nadszedl :) a bylo strachu oj bylo. panika nawet :) luz

nastepnego dnia obudzilam sie juz sama z siebie o swicie. wielblad stojacy na wydmie z podswietlonym garbem wygl;ada oszalamaijaco. [czy ktos z czytajacych ma mozliwosc umieszczenia zdjecia na serwerze www? mam juz zdjecia i chetnie opublikuje ale nie mam serwera]

wracalismy w potwornym ukropie, delikatnie mowiac mozna by to nazwac patelnia. mnie to jakos dziwnym trafem nie ruszalo ale Maciek poczul sie sredniej. wszystko przeszlo lekko nad wodopojem. gdy juz dojechalismy na miejsce umowione z jeepem, zjedlismy obiad i w przesuwajacym sie wciaz cieniu wysokiego krzewu oczekiwalismy na odjazd w skwarze, obserwujac lazace blisko naszych kocy duze kleszcze. po powrocie okazalo sie ze nikt nie mial zadnego. mysle, ze po tym calym wyjezdzie, nie bedzie mnie juz ruszac tyle co wczesniej. to jest po prostu hartowanie materialu..

obecnie przebywam w magicznym niebieskim Jodhpurze, miescie u podnoza ogromnego Manwaru, fortu Maharadzy. wczoraj, czyli pierwszego dnia, po poludniu pojechalismy riksza do fortu. klimat tego miejsca jest tym klimatem, ktory osnuwa czytelnika basni tysiaca i jednej nocy.. koronkowe drobne wzory i okiennice wyrzezbione w kamieniu, kolorowe szkla w oknach, kotary z ciezkich oraz zwiewnych materialow, malowidla obrazujace sceny milosne, wojenne i jeszcze raz milosne.. fort zostal oddany do ujrzenia oczom turystow w roku 1972 i Bogu dzieki, bo jest to miejsce w ktorym energia inaczej krazy, przesycona erotyzmem w salach przeznaczonych do rozkoszy, zdobiona wspomnieniem dzwieku sitaru i spiewu trubadurow. fort w Jodhpurze ma w sobie tez miejsce na energie gniewu zapalu i wojny. wsrod komnat delikatnych i subtelnych byly tez miejsca na narady, sala rozmow z miejscami dla maharadzy, jego braci oraz synow, z zaslonietymi ukrytymi balkonami dzieki ktorym uknuwaly sie kolejne nie konczace sie polityczne i osobiste intrygi. w tym swiecie nie ma mowy o nudzie. na zewnatrz wokolo wznoszacych nie komnat, jest miejsce przeznaczone dla zolnierzy i ich broni. to tam jest najbardziej niesamowity widok na lezace nizej jak kolorowy dywam z niebieskimi nicmi miasto Jodhpur, miasto smierci, jak nazywano go w dawnych czasach. polozone na skraju pustynii Thar. to tam zrobilam ‚titanica’ i wierzcie mi naprawde lecialam..

dzis jest drugi dzien w tym miescie. skrajnie przegiety w druga strone jesli chodzi o estetyke, poczucie sensu i piekna zycia. grupowo pojechalismy zobaczyc ‚maly Tadz Mahal’ czyli posiadlosc maharadzy zbudowana przez angielskich architektow w xx wieku. nic wielkiego, wrecz pomieszanie stylu komunistycznego z kubistycznym. blee, europejska nuda!
a potem zaczal sie koszmar, poniewaz wzielismy (my tzn 5 polakow = Maciek i ja + 3 znajomych) riksze do ogrodow lodi, ktore okazaly sie publicznymi ogrodami lodi, gdzie trawa jest wydeptana, psy kopia sobie doly by nie usmazyc sie na sloncu (a moze to ich groby) a ludzie leza oblepieni przez muchy. ale to jeszcze nic. najgorszy hardcore jak z surrealistycznego koszmaru zaczal sie gdy weszlismy do zoo. zastalismy tam: szarego strachliwego brudnego w kupach ptaka, kury wsrod smrodu i duszacego kurzu, jakies puste przerazliwie klatki owiane smiertelna tajemnica w sasiedztwie klatek w ktorych lezaly tylko kawalki miesa (oczywiscie dokanczane przez muchy). dobijajacym obrazem byla klatka jedna z szeregu wymienionych wczesniej, ciemna i przy waskiej sciezynce wydeptanej tuz przy plocie z kolczastym zardzewialym drutem, klatka w ktorej byl przewrocony gliniany dzban, z ktorego wystawal tylko zwisajacy bezwladnie kawalek ciala jakiegos zwierzecia. na 100% nie zylo. koszmar.. przy jednej z klatek o podobnym klimacie zgromadzila sie rodzina hindusow z dziecmi (zabarykadowala przejscie na dusznej sm,ierdacej sciezynce) i patrzyla sie w klatke. jedno z nas spytalo co tam jest w srodku, podobno jakis kot, ale to co my zobaczytlismy to jakis skrawek miesa i tajemnicza ciemnosc w przewroconym dzbanie. i to wszystko za jedyne 4 rupie = 32 grosze polskie. o zesz k.. inne zwierzeta: kaczka w klatce, kroliki, krokodyl i zdychajace z goraca dwa niedzwiedzie himalajskie. k.. ja naprawde nie rozumiem po co tak meczyc zwierzeta, a tez dziwi mnie na maxa ze hindusi z rodzinami przychodza zarowno do tego koszmarnego parku jak i do zoo, ktore jest miejscem w miescie smierci. przerazajacym dalszym ciagiem wrocilismy do miasta pod Clock Tower, niedaleko naszego hotelu. tam zobaczylismy zdychajaca mloda krowke, przywiazana brudnym zabloconym sznurem, lizana i tracana nosem przes swoja mame krowe. gdy wychodzilismy z tej uliczki, krowka juz nie zyla.
dzisiejszego dnia Jodhpur i Indie pokazuja sie od strony jednej z najgorszych. dzieci proszace o pieniadze i dlugopisy zaczynaja mnie wkurzac a my klniemy co raz wiecej, chociaz czy ja wiem, moze chyba juz co raz mniej bo da sie przywyknac do smrodu itp itd itd itd..

u mnie osobiscie jest ok, czuje sie dobrze i jestem w miare zdrowa. monsun jest smieszny (lu z nieba a zaraz skwar), towarzystwo super. z Mackiem trzymamy sie razem. postanowilismy zmienic bieg naszej trasy, orientacyjnie rzecz biorac odwracamy jej bieg a szczegoly beda na biezaco. z medytacji nie rezygnuje wiec tak czy siak w ciagu tych 2 miesiecy czeka mnie 10 dni odosobnienia. i dobrze

trzymajcie sie cieplo i zdrowo i piszcie do mnie, potrzebuje tego
tu jest tak daleko od Was

:*

dzisiaj wrocilismy z pustynii okolo godziny 16. tuz po powrocie umylam sie pierwszy raz od 3 dni, nie liczac oplukania konczyn w deszczowym rozlewisku tuz po 6ciogodzinnym deszczu na srodku pustynii.. krok po kroku sprobuje opisac kolejna nieprawdopodobna historie w jakiej bylo nam uczestniczyc.

pierwszy raz wlasnie tutaj na pustynii zauwazylam, ze Slonce gdy jest w zenicie, to jest w zenicie, a nie pod malym katem jak u nas w Polsce. pisze ‚u nas w Polsce’, bo czuje swoje korzenie wyraznie i tez niesamowitym jest gdy nabieraja dla mnie znaczenia takie przedmioty jak pocztowka z obrazem polskiej wsi albo warszawy, badz tez wiersze Tuwima ktore ze soba tutaj zabralam.

wracajac do pustynnych perypetii – w ogole w zyciu bym sie nie spodziewala! odbyl nie niemaly hardcore. z rana okazalo sie ze dopadla moj uklad pokarmowy ‚biegunka podroznych’ (pamietam dokladnie jak dr Goraj ze szpitala chorob zakaznych, specjalista od chorob tropikalnych, powiedzial mi „szczegolnie takie ladne kobiety jak pani dopada biegunka podroznych” – no i wykrakal). o 8 rano jednak pojechalismy. dla mnie byla to decyzja ryzykowna ale ja powzielam i zaowocowalo to wyjazdem obfitujacym w wydarzenia z serii tych najmniej prawdopodobnych. po wysiadnieciu z jeepa 27 km na zachod od Jaisalmeru, zobaczylismy siedzace na piasku usmiechniete wielblady. zwierzaki te sa przesympatyczne i uszaja rozkami czyli ruszaja uszkami! cudo :) poza tym kazde z nich ma swoj fetysz, co okazalo sie w trakcie jazdy. wybralam sobie jasnego mlodzika z granatowa narzuta w drobne czerwono-zielone kwiatki, choc wahalam sie na poczatku miedzy nim a takim jednym podstarzalym. potem okazalo sie ze ten drugi dostal sie Mackowi i byl w koncowej fazie oswajania z ludzmi, przeto byl bardzo wrazliwy, lekliwy i nerwowy. potem zamienilismy sie na troche, moj mlodzik – Peacock [Pikok] zarl nalogowo krzaki a jego – Monia, bal sie i wstrzasal. na Peacock’u przejezdzilam prawie cale 3 dni, jezdzi miekko, ale trzeba trzymac go krotko gdy napada go faza na zzeranie zielonego. choc byly to tylko 3 dni z tymi zwierzetami, czuje ze potrzeba duzego wyczucia dla nich. kazde ma swoje zwyczaje i upodobania, uwarunkowania i charakter. wielblady to dla mnie nie jest juz slowo oznaczajace ‚szara’ mase jednakowych wielbladow, to juz nie schemat poznawczy jak bylo wczesniej. to indywidua, ktore maja piekne dlugie rzesy gdy sa mlode a ciemne wlosy gdy sa stare, jedne daja sie poklepac a drugie beda chcialy dziabnac. Peacock jest mlody, ma 6 lat. wielblady lapane sa w wieku 3 lat na pustynii, splodzone w stadninie wypuszczane sa po urodzeniu na pustynie by dorosly i nabraly sil. potem mezczyzna pracujacy z wielbladami lapie z trudem takiego plochliwego i panikujacego wielblada, za ten akt sprowadzenia zwierzecia ‚z powrotem’ dostaje 1300-1700 rupii /10 rupii = ~0,83 pln/ od hodowcy-wlasciciela, z ktorego stada pochodzi wielblad. takie zwierze oswaja sie z ludzmi okolo 3 tygodni, po tym okresie jest siodlany i wyjezdza na safari zeby wozic turystow.

historia nie uklada misie jednak teraz jasno w glowie, jest tyle ciekawych watkow, tyle zdarzen i nowej wiedzy, doswiadczen! sprobuje zatem pokrotce a potem zobaczymy ;)

dzien 1: wyjazd jeepem, usmiechniete wielblady, przywitanie z Pecacock’iem, mocne trzymanie sie siodla przy wstawaniu zwierzaka, pierwsze kroki, luuzik :) kolysanie biodrami, wysoko i majtajace sie nogi w powietrzu. zapach wielblada jest nie do opisania. ja mam sraczke, najpierw jest goraco jak na patelni, Maciek czuje sie mocno srednio a ja ok, a potem sie zamieniamy i dostaje udaru slonecznego z roznorodnymi atrakcjami i ogolnie umieram. zaczyna wiac i pierwszy raz w tym sezonie spada deszcz, ktory pada pada i pada i pada (w koncu to monsun). na jakies 2h chowany sie zbiorowo z innymi safariorowcami w chatce z galazek ktore przeciekaja, robi sie zimno, wszyscy skomla o jedzenie a ja na nie nie moge patrzec. i tak nie da sie nic ugotowac i w koncu robi sie ciemno. po ciemku wyruszamy uczeczeni lecz konkretnie uradowani na propozycje przeniesienia sie ’20 minut dalej’ do wsi naszego przewodnika. btw, nasz przewodnik na imie ma [Badja] i jest bardzo uprzejmym hindusem. (trzeciego dnia dowiemy sie ze ma 23 lata a wyglada na 35-40. jestesmy w zbiorowym szoku, tym bardziej ze reszta przewodnikow-poganiaczy tez wyglada jakby wiek mialo przesuniete jakies 10 lat do przodu w czasie). zatem zbieramy sie z chatki (a musze dodac ze nie dosc ze jest to pierwszy monsun w tym sezonie, to jeszcze nastepnego dnia spadnie drugi czyli wyrobimy pol rocznej normy jesli chodzi o deszcze monsunowe. dodam jeszcze ze trzeciego dnbia czyli dzisiaj spadnie kawalek trzeciego monsuna – tylko kropilo wieczorem jakies 2h temu). dobrze, zatem wyruszamy po ciemku, juz nie na wielbladach bo zwierzaki w blocie moga sie poslizgnac a Badja sie o nas troszczy wiec poganiacze prowadza za nami wielblady a my pedzimy przez totalne bloto w masakrycznym deszczu przez jakies 40 minut. ja oczywiscie mam parcie na kupe (przepraszam, ale nie bylo w tym delikatnosci) i normalnie nigdy w zyciu nie zapomne robienia kupy patrzac na ogrom przestrzeni pustynii w nocy, chowajac sie za rozwalajaca sie lepianka parenascie metrow od wioski w ktorej nocowalismy, z przemoknietym papierem toaletowym, cala rowniez mokra, po przezyciu udaru slonecznego, z rozbawieniem i wymeczeniem. tabletki na rozwolnienie – loperamid – zadzialaly dopiero nastepnego dnia rano. teraz wszystko juz jest w ‚normie’ a przy okazji poobserwowalam sobie jak 7 ogromnych czarnych zukow robi kulki z tego co mi sie juz nie przyda. przerazliwie fizjologiczne z jednej strony, a niesamowicie porzadkujace i uspokajajace z drugiej. teraz mam wiekszy dystans i jeszcze wieksze poczucie humoru, co nie znaczy ze nie bede uwazac. kupa stala sie glownym watkiem rozmow w naszej 7dmioosobowej miedzynarodowej grupie, rzeczywistosc okazywala sie tak irracjonalna ze nastepuje przesilenie. w ciemnosciach przybywamy do wioski tubylcow i jemy ciapati z warzywami. ja latam jeszcze pare razy za ‚wc’. zasypiamy – niektorzy z paranoicznym lekiem przed owadami, ja spie z brzegu i nic mnie juz nie rusza.

dzien 2: budzimy sie w lepiance, scisnieci z braku miejsca, wszystko jest mokre i smierdzi. zakladam na siebie schowana rozsadnie i przedziwnie przytomnie poprzedniej nocy w plastikowa siatke czysta koszulke. po wyjsciu z chatki spotykam sie z parunastoma parami ciemnych dzieciecych oczu. zrabana poprzednim dniem i przejeta czy oby ten nie bedzie podobny (nie byl), wypijam pare lykow wody i wdaje sie w kontakt z dzieciarnia. to mnie ratuje, dzieci maja moc terapeutyczna i calkowicie naturalna. prostota ich usmiechu i przekazu leczy z wszelkiej burmuchy w moment. wymieniam sie z jedna dziewczynka na bransoletki. coprawda jej (czyli obecnie moja) bransoletka jest na mnie za mala ale w tamtej chwili miala dla mnie znaczenie o wiele glebsze niz kawalek plastiku ktorym jest w wymiarze fizycznym.

poniewaz jest juz pozno, dokoncze pisanie nastepnym razem. obecnie zyje i mam sie b dobrze :) pozdrawiam monsunowo z Jaisalmeru, drodzy moi :)) pomachajcie mi z Polski

siedze w pachnacej dymem kadzidlanym kafejce interntowej na srodku indyjskiej czesci pustynii Thar. nocujemy w forcie w miescie Jaisalmer, miejscu tak magicznym, ze trzeba porzucic wszelkie wyobrazenia by moc poczuc ze jest ono prawdziwe. po dlugiej podrozy pociagiem, pelnej rozmow w jezyku hinglish, moglam nareszcie wykapac sie i oczyscic z wszystkiego co na mnie osiadlo lub sie przylepilo, a bylo tego duzo.

cofne sie jednak na chwie wstecz jeszcze do delhi. wyjezdzalismy z Mackiem z delhi w poczuciu, ze stamtad uciekamy. mowi sie ze jesli bylo sie w tym miscie, w dzielnicy paharganj, to nic gorszego spotkac w indiach nie moze. nie wiem co bedzie, ale wiem ze gdy wyjezdzalismy z tego miasta, kilometrami ciagnely sie slumsy.. slumsy.. slumsy.. miliony ludzi, wlasnie miliony, zyjacych w warunkach totalnie odmiennych od naszych prawdziwych luksusow. mimo tego brudu, pedu, ostrosci wszelkich doznan, czesciej ci ludzie usmiechaja sie niz polacy, czesciej sa kontaktowi. byc moze przez scisk jaki panuje w tutejszych miastach a napewno przez tropikalny, cieply klimat ktory tutaj jest, zycie mnozy sie tu i mieni wszelkimi odcieniami. mysle ze slychac to rowniez w muzyce – tutaj spiew jest oparty na skalach orientalnych, dzwieki sa zestawione tak ze eurpejczyk moze slyszec w tym falsz, lecz to jest odcien dzwieku, zgrywajacy sie z caloscia tak, ze caloksztalt wprawia w stan umyslu poza slowami. dlatego tez tak trudno wyluskac mi slowa z tej mnogosci..

dziwne te indie, tak mowie gdy mysle jak europejka. z jednej strony ludzie mili, przychylni, prawdziwie przyjacielscy. jestes moim przyjacielem wtedy, gdy przychodzisz do mnie, ja dokladam staran by bylo tobie dobrze, a potem spokojnie mozesz pojsc dalej. wtedy mozemy nazwac sie „friends”- to slowa kapitana hinduskiej druzyny pilki siatkowej, ktory w pociagu w czasie parunastogodzinnej podrozy, stal sie moim friend, w rozmowie objasniajac wiele elementow specyfiki hinduskiej kultury. z drugiej strony – z sila tsunami naciera na kazdego regula silniejszego, widoczna na drogach. chamstwo od ktorego szczeka opada albo, co zdarza sie czesto jednoczesnie, padam ze smiechu :) chociaz hm, czy to regula silniejszego czy moze gleboko zakorzeniona kulturowo mentalnosc kastowa pelna hierarchii, gdzie osoby z nizszych kast wiedza ze sa z nizszych a osoby z wyzszych wiedza ze sa z wyzszych i wydaje si ze w glebi godza sie na ten los. wszystko zhierarchizowane i bez tego co u nas na wierzchu, czyli wyscigu szczurow, bo w europie jest o wiele silniejsza tendencja do wyrownywania szans i przez to tez mysle ze wieksza zapalczywosc w walce o miejsce na piedestale wladzy i mamony. to pierwsze analityczne wrazenia z wielkiego miasta. w skrocie i praktycznie: jesli masz poczucie humoru w sytuacjach zagrozenia zycia oraz refleks by uniknac smierci pod pedzacym pojazdem, to masz szanse przezyc w miescie.

no a jutro jedziemy w pare osob na 3dniowe safari wielbladami przez pustynie. ;) w ekipie 2 francuzow, 3 znajomych z polski (najprawdziwszym CUDEM spotkanych na dworcu kolejowym w 13to milionowym delhi przy wyjezdzie, a konkretnie 1 znajoma ze studiow, ktora wczesniej rownie porabanym, przypadkiem napotkalam w przychodni, to jest przegiecie jesli chodzi o prawdopodobienstwo! :), plus Macko i ja. mam nadzieje ze, jedyne ktore mamy, nasze kochane pupy to wytrzymaja. pogoda jest calkiem przychylna jak na te czesc roku a towarzystwo roznorodne i mile :) jedyne co moze jeszcze sie przydac przed wyjazdem to dobry sen i 30 minut medytacji rano.

duzo nie napisalam, duzo jeszcze napisze. caly czas robimy zdjecia by moc pokazac Wam i poopowiadac na zywo po powrocie. do napisania, drodzy :))
bardzo serdecznie i cieplo dziekuje Wam za slowa i mysli. to bardzo wazne, a z czasem napewno okaze sie jeszcze wazniejsze dla mnie tutaj.
pozdrawiam piaszczyscie z pustki


  • RSS