ziemny blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2005

jedziemy do Czeremchy posłuchać, poganiać po trafce, pośpiewać, poloozować się zdziebko. jak chcesz jechać z nami, to zapraszam. info na stronie Czeremszyny http://www.czeremszyna.pl/ .

Najszerszą drogą chodzą najsłabsi, ale nie wiedzą, że jest najdłuższa.

tymbardziej, że chodzą nią pijani.

dostrzeganie złudzeń, jak słusznie mówił Eric Berne, prowadzi do kryzysu tożsamości. człowiek chwyta się byle czego, to co wydaje musię że chce – widzi we wszystkim, nie wie czy to jest, gdy wydaje musię że to dostrzegł – to znika, człowiek patrzy na zewnątrz i nie widzi ..i obcość.., patrzy wewnątrz i nie rozumie i z co raz to mniejszą ochotą chce rozumieć. patrzy gdzie bądź, przestaje patrzeć; nic nie wie, nic nie rozumie. dość wypatrywania. dość oczekiwania. niewiadome, niechciane, obce, znajome, tak bliskie – jest tu gdzieś. ale poza ‚gdzie’. nic nie wiem, nic nie rozumiem, i powoli wchodzę w drugą pułapkę: rozumiem że nie rozumiem. ach tak – uświadamiam to sobie. gonitwa pożądań umysłu nie pozwala wyrwać się z zaklętego koła rozumienia i nie rozumienia. nawet teraz, gdy już nic nie wiem, gdy ocieram się o TO i TO pierzcha. pierzcha, przywołując świat zwierząt. i wszelka mowa o kryzysach tożsamości zamienia się w dźwięki, rytmy. co raz niżej, co raz bliżej ziemi. bliżej, dalej, tak, nie, nie wiem, wiem. wszystko to samo. i w emocjach, tam gdzie blisko pnia (któremu z kolei bliżej do korzeni), spokojna ciekawość, uważna na własne zaskoczenie. uważna co raz bardziej jak zwierzęca uwaga, z chwili na chwilę w niemęczącej czujności. stany umysłu kompletnie obce wprowadzającym się w trans w autobusach mieszkańcom miasta.

Możemy zniszczyć wszystko. Znaczy to jedynie, że możemy mniej niż nic.

chciałoby się napisać recenzję. nawet dwie – obie z wypraw w czasie i przestrzeni. obie związane z dźwiękiem, obecnością w odmiennej od tej ulicznej warstwie rzeczywistości. pierwsza recenzja, kajakowa, jest z przełomu kwietnia i maja. druga, jorgowa, z dzisiaj wieczór.

recenzja 1
zielony dziób płytkiego kajaka sunie po jeziorach i rzekach. jeziora tak łatwo się nie dają przemierzyć, rzeki pozornie tak. pierwsza dłuższa jazda w kajaku, pierwsza jazda konna, rozgwierzdżone niebo mazurskie, zapachy natury (dające się we znaki nosdrzom krowie łajna, cudownie otumaniające), zimne noce, chmara ciem na do widzenia. sauna mazurska i gładka, matowa skóra po niej. krowie mleko, gęsta kasza manna. wieczny kus kus. było pięknie. w sercu zachowam te wspomnienia.

recenzja 2
dane techniczne: Muzeum Etnograficzne w Warszawie, ulica Kredytowa 1, tłumnie oblegany przewozowy sklep z muzyką etniczno-inną, zamknięte drzwi, szatnia płatna 2 złote niech się wypcha. po dłuższej chwili wchodzimy do sali, gonitwa za wolnym dobrym miejscem, miejsce dopadnięte. siadamy, grają bałkańskie brzmienia, w większości o dziewkach i miłościach, ciężki utwór o urbanizacji, dalszy ciąg nadal w duchu opuszczonych ziem Kosowa. po przydługim ale ładnym oraz szczerym bałkańskim graniu parę minut prawdziwej weselno-wiejskiej muzyki z wielkopolski. nie chce się wierzyć że jeszcze taka istnieje. następnie gwóźdź programu – Kwartet Jorgi. od lewej: bębny, gitara i dzwonki na prawej łydce, flety fleciki piszczałki dudy z łbem kozy i duuży bęben, czasowo mały chłopczyk z przeszkadzajką, przecudowny saksofon altowy. recenzja prosta i krótka: nie ma to jak koncert. autentycznie rwałam się do tańca z krzesła. było pięknie. w sercu zachowam te wspomnienia.

serce mam pojemne i przychylne pięknu.

czuję wiatr z uchylonych drzwi nowego rozdziału życia, czyżby powrót do muzyki?


  • RSS